UWAGA! DZIENNIK NAPISANY Z PERSPEKTYWY POSTACI NIE GRACZA!
Jeśli czytasz ten dziennik śmiertelniku to pierw muszę cię pochwalić, gdyż w jedyny sposób jaki mogłeś go zdobyć jest poprzez mą śmierć. Jeśli jednak nie przez mą śmierć wtem nie zazdroszczę ci tego w jaki sposób sczeźniesz w otchłaniach piekła.
Skoro już zakończyliśmy formalności przejdźmy do powodu z jakiego powstał ów grymuar. Spodziewałem się oczywiście iż do tego dojdzie, lecz zaskoczył mnie fakt iż dokonał tego nie wielki mag czy członek drużyny lecz pierwszy lepszy śmiertelnik przy drodze spotkany w podróży. Powód dla którego zapoczątkowałem ten strumień wspomnień mojego życia jest fakt iż w końcu wyszedł na jaw zawarty przeze mnie pakt z Levistusem. Zniewolony Arcydiabeł który pomógł mi przetrwać i uciec z podmroku. Zapomniałem także wspomnieć o swej naturze, jak już napomknąłem jestem mrocznym elfem. Wracając jednak do pierwotnego tematu, owego czynu dokonał niejaki Feanor. Śmiertelnik który wciąż ukrywa swe oblicze pod hełmem czcząc Ilmatera. Ma tajemnica wyszła na jaw poprzez wykrycie natury mego kruka który w rzeczywistości jest chochlikiem. Próbowałem oczywiście ich okłamać o swej niewiedzy, lecz pieprzony wysłannik Ilmatera zakręcił sobie moich towarzyszy wokół palca. Wyłoniła się kłótnia, spór się rozpoczął, wykrywanie myśli, polowanie, uciekanie i przekrzykiwanie iście święte zachowanie jak na paladyna Ilmatera. W tym momencie pragnąłbym przytoczyć członków mej drużyny:
Jahned- wojownik, człowiek, praworządny lecz da się z nim dogadać i przekonać,
Rovan- ani wojownik ani mag, człek, cichy, żartobliwy, trzymał mą stronę w konflikcie.
Vernon- wolałbym by go nie było chyba równie bardzo jak nowego, lecz czasem rozśmiesza swą głupotą. Człowiek mag.
Feanor- dołączył w drodze do tego samego celu, zakuty łeb z aureolą nad głową i świętym symbolem w rękach. Paladyn człek.
Ostatecznie jednak wyruszyliśmy dalej do swego celu. Odebranie miecza na smoki od trupa bohaterki tym była nasza misja.
W zasadzie łatwo poszło, lecz znowu moja ludzka kompania niewolników narzekała na moje zachowanie, jednak po kolei. Pierw dotarliśmy MOIM wozem, odkryliśmy przejście pod jednym z kamieni na wzgórzu oraz rozpoczęliśmy poszukiwania. Pierw nasz błazen wleciał do pułapki, gdy go wyciągnęliśmy znaleźliśmy wraz z nim konia a raczej pozostały po nim szkielet który okazał się być nieumarły. Jak to ludzie rozpoczęli dywagacje moralne co tu począć, ostatecznie Jahned na nim jedzie, nie słuchając mych rad by wykorzystać go do powozu. Przeszukaliśmy kurhan i zdobyliśmy magiczny naszyjnik kuli ognia oraz zaczarowaną lutnię. Pod sam koniec zdobyliśmy miecz, nie obeszło się bez pokonania monstrum, miecz wziął świętoszek i wyszliśmy z kurhanu. Lecz nie bo święty kolega nie lubi być pewny zwycięstwa nad smokiem. Przywalił mi tarczą i miał nadzieje przytrzymać głosząc morały. Lecz zawsze jestem gotowy na zdradę w drużynie, zniknąłem mu spod nóg, wykręciłem wozem oraz czekałem na poprawę zachowania mych ludzi. Gadali dłuższą chwilę przez którą przetestowałem zastosowanie nabytków. Oczywiście jak zawsze skończyło się na rozejmie gdyż beze mnie nie daliby sobie rady. Jedynie musiałem odłożyć bezużyteczną lutnie oraz szaty które okazały się niemagiczne. I ponownie jak zwykle po kłótni, ludzie przegadali sobie swe historie przy ognisku gdzie Feanor ukazał swą twarz. Wygląda jak człek poza okiem, może mu je kiedyś wydłubię, przyznał że mieszkał w okolicy gdzie go odnaleźliśmy oraz że prosił o pomoc Boga, jednak to moja osoba go odnalazła a nie ludzki Bóg.
Przy następnym przystanku a mianowicie latarni która zwodzi statki, pomogliśmy Banshee zabić pół-orka by się uwolniła, święty miał problem z zabiciem lecz gdy ujżał ową kreaturę, pierwszy rzucił się na nią z mieczem. Pomiot jednak powstał z martwych gdyż jego serce tkwiło na szczycie latarni. Zabiliśmy go ponownie, odcięliśmy łeb oraz zniszczyliśmy serce. Ze szczytu sam jedyny zeskoczyłem do wody po skarby, znalazłem pelerynę zmieniającą swój wygląd oraz jakiś miecz, no i 6 pereł, przydatny komponent magiczny. Z jednego ze statków pożyczyłem czaszkę pirata oraz zachowałem głowę pół-orka z jego kawałkiem serca w buzi.
W końcu podczas podróży do jamy smoka moi towarzysze postanowili przegadać plan ataku na bestię. Wpierw przy ognisku narodził się plan by Jahned oraz Rovan zeskoczyli na smoka, związali się wzajemnie z berłem w ręku Rovana. Vernon jednak uważał że lepiej by berło znajdowało się pomiędzy wojownikami. Ostatecznie stanęło na pierwszym planie. W świetle ogniska oraz jego iskier Feanor ukazał nam swe skrzydła. Co utwierdziło mnie w przekonaniu iż skrzydlaty człek przyniesie nam zgubę, lecz może uda mi się go jeszcze jakoś wykorzystać. Jak zawsze moja drużyna jest świadoma swego wyposażenia i nie zauważyła iż jeden z osobników a mianowicie Rovan posiada miksturę lotu, co totalnie zmieniło plan tak długo układany przez moich geniuszy. Po drodze do bestii udaliśmy się do miasta Phandalin gdzie spotkało nas już kiedyś wiele przygód. W mieście uzupełniliśmy zapasy, nauczyłem się warzenia mikstur oraz odebrałem księgę do zadanie od organizacji.
Do momentu wspinaczki po górze smoka zdążyłem się zaznajomić z księgą w jakimś stopniu. Zazwyczaj wolę zimne klimaty lecz śnieg wraz ze słońcem tworzą makabryczne połączenie uniemożliwiając widoczność. Mimo wszystko jako jedyny dostrzegłem iż ktoś nas obserwuje z twierdzy do której zmierzaliśmy. Jednak po zbliżeniu się momentalnie zniknął. Po wejściu do twierdzy spotkaliśmy swych obserwatorów byli to zwyczajni opryszkowie czekający na odlot smoka którego niegdyś ubiliśmy, lecz to ich nie przekonało jednak po chwili odpuścili i przedostaliśmy się dalej kropka po drodze do leża Jahned za pomocą różdżki znalazł tajne przejście, lecz Feanor paru dalej ku swej zagładzie. Obeszliśmy smoka z dwóch stron gdyż oni miałyby u snem w swym leżu. Dzięki świetnemu planowi który wymyśliliśmy, smok nie miał z nami szans, jedynie Werner mocniej ucierpiał. Gdy smok padł przystąpiłem do swego zadania. Nie pierwszy raz skórowałem smoka, lecz pierwszy raz bebrałem się w jego bebechach. Owinąłem organy smoka w papier i schowałem na dnie plecaka, nikt o dziwo nie protestował. Wróciliśmy do oprychów gdzie Jahned z uśmiechem na ustach pokazał im głowę smoka, rabusie prędko zwiali pozostawiając nam skarby. Kolejne dni minęły dość szybko z ważniejszych wydarzeń to oddałem narzędzia, sztylet i księgę zleceniodawcy wraz z podmiotem zlecenia. Przekazanie nie owocowało większymi czy mniejszymi ekscesami, lecz podziękowali za robotę i odeszli. Innego dnia Feanor postanowił nas opuścić czyniąc dobro gdzie indziej zabierając przy tym miecz na smoki. Dni pomiędzy owymi wydarzeniami oraz po głównie zajmował nam odpoczynek a także regeneracja po walce ze smokiem.
W tym pewnego dnia dostaliśmy list od samego Lorda Protektora Dagulta Neverembera. Napomknął iż słyszał o naszych poczynaniach ze smokami w okolicy Phandalin i ma dla nas zadanie. Naszym celem miałoby być powstrzymanie narastającego kultu w Leilon. Nie odmówiliśmy zarobku i wyruszyliśmy ku misji. Po drodze zatrzymaliśmy się przed karczmą zabarykadowaną przed nieumarłymi oraz zjawami, bez problemu pokonaliśmy ową przeszkodę. Po wejściu do karczmy opłacono nam picie za pomoc oraz przedstawiło nam się diabelstwo, łowca, Diavoro. Kwestie pogaduszek z łowcą który przyczynił się obronie karczmy pozostawiłem Jahnedowi. Natomiast samemu przedtem odkrywszy na piersi nie umarłego naszyjnik z czaszką osadzoną w trójkącie zaniepokoiłem się zobaczywszy dziwne symbole także u lokaja przybytku oraz kucharza. Lokaj posiadał amulet z czaszką oraz dwiema szablami wyjaśniając iż jest to pamiątka z przeszłości pirata Luskan. Powiedział o tym mieście także już podając mojej drużynie z pożywienie wspomniał o słabych stosunkach Neverwinter z Luskan oraz o dużej populacji drowów tym drugim, jednym z drowów jest ponoć legendarny Jaraxle Baenre. Natomiast drugi napiętnowany tym symbolem mężczyzna tłumaczył się iż to z przeszłości kryminalnej, próbowałem go zastraszyć lecz chyba był zbyt głupi, jak to ork. Zagroził że mnie wyrzuci jak go nie zostawią oraz wyprowadził mnie z kuchni. Dosiadłem się więc do kompanów po czym usłyszałem że Jahned już zdążył zwerbować kolejnego przydrożnego chłopa. W tym momencie przypomniałem sobie jak to kiedyś sam z Jahnedem podróżowałem z Triboar do Rockseekera po zadanie. Teraz nasza drużyna to zlepek idei oraz celów które przypadkowo gdzieś się spotykają. Jahned także zdążył się wygadać z zadania, postanowiłem że szczegółów misji Diavoro dowie się gdy zyska nasze zaufanie. Następnie diabelstwo podzieliło się z nami swoją piekielną historią, pod przymusem pracował dla wyznawców Bhaala. Czyli zawarł pakt z zerowymi korzyściami, kolejna miernota w drużynie, chyba zacznę prowadzić rekrutację bo jak na razie to będzie czwarty tymczasowy towarzysz który nas okradnie. Po opowieści udaliśmy się spać, wszyscy oprócz Rovana osobnych pokojach, co sam Rovan przepłacił kradzieżą. Przez noc studiowałem swą księgę, z rana Rovan oznajmił że został okradziony z 400 platyny. No ktoś zarobił tamtego wieczora, jednak szybko odzyskał majątek od jednego z nocnych lokatorów, lecz bez konfliktu czy sprawiedliwości. Więc sam ją wyznaczyłem wystawiając z bila na publiczne pośmiewisko. Diavoro westchnął ze zdziwieniem usłyszawszy że to my zabiliśmy smoka a bawimy się w takie drobnostki. Bagaże zapakowaliśmy na wóz i odjechaliśmy pozostawiając za sobą bandziora i karczmę. Jadąc przez las próbowała zatrzymać nas niziołka która chciała przełączyć się do podróży do Leilon. Szybko ją spłoszyłem uważając iż może to być szpieg kultu którym mamy się zająć. Przez jakiś jeszcze czas kręciła się za nami.
Na dalszej drodze natrafiliśmy na górników którzy przeprowadzali ewakuację oraz kto inny prosił o odnalezienie dzieci. Wyruszyliśmy więc do miasta w celu odnalezienia zguby. Jednak zamiast dziecka znaleźliśmy kultystów, ich celem było po przyzwanie żywiołaków które uciekły szybko na pobliską wyspę. Dzięki rytuałowi chodzenia po wodzie zmierzyliśmy się z żywiołakami i wyruszyliśmy śladem zaginionych dzieci. Ślady prowadziły nas do domków w którym po chwili znaleźliśmy dzieciaki kryjące się pod łóżkiem. Przegadaliśmy sytuację oraz wyruszyliśmy eskortując zagubione dzieci.
Wróciliśmy do miasta, przespaliśmy i zjedliśmy syty posiłek, po czym rozpoczęliśmy zdobywanie informacji o naszym następnym celu. Od sklepikarze dowiedzieliśmy się że kult dotyczy Thalosa, Boga mórz i sztormów. W karczmie polecono nam odnalezienie strażników na bagnach którymi zajęliśmy się tego samego dnia lecz przedtem wyruszyliśmy do burdelu. Wykupiliśmy 4 dziewczyny Vernonowi lecz ten się ulotnił, skorzystałem więc z okazji przytrzymując dziewczynę w alkowie dzięki czemu dowiedziałem się o pół orku Gruku których wyruszył do Phandalin. W mieście także dostaliśmy zlecenie na przeprowadzenie kóz, oraz plotkę o duchu w wieży strażniczej. Po zdobyciu informacji nie ruszyliśmy na bagna, prowadził Rovan, byłoby dobrze gdyby nie bagna w które wpadliśmy oraz krokodyle które na nas czekały. Vernon próbował oskórować jednego lecz nie wychodziło mu to za dobrze. Dotarliśmy w końcu mam najemników toczących walkę z hydrą, dostali łomot po czym uciekli. Walka była zwyczajna jednak nadarzyła się okazja abym wezwał demona. Walka z Tannarukiem była poezją jego rekin i grzmotem były muzyką dla moich uszu. Jednak demon odzyskał kontrolę po czym zaczęła się kolejna walka, po której pobrałem krew z najemnika aby wezwać następnego demona w przyszłości pobieraniu przeszkodziła mi drużyna lecz pomógł Diavoro który dobił najemnika. Drużyna się na niego rzuciła po czym zaczęli oskarżać diabelstwo, powiedział iż zrobił to ze względu na rasizm jaki ukazał najemnik w moją stronę drużyna odpuściła a ja zacząłem pobierać krew, jednak od razu na mnie naskoczyli, na szczęście zdobyłem fiolkę. Pytali po co to i czemu wezwałem demona. Jak zawsze odpuścili po czym Diavoro wyleczył merlany. Moi przyjaciele chyba nigdy nie zrozumiał iż lepiej było go zabić, skoro był na tyle głupi niż walczył z hydrą to będzie na tyle że zginie w inne durny sposób.
Wyruszyliśmy następnie w poszukiwanie zaginionych ludzi, za przewodnictwem Mithegarda. Po drodze trafiliśmy na wielkie węże z którymi szybko się uporaliśmy. W końcu odnaleźliśmy zguby w klatkach jaszczu dla ludzi prowadzonych przez wielkie ślimaki. Podkradliśmy się pod pobliskie krzaki, po czym mag postanowił rozwinąć się dyplomatycznie jako jedyna osoba znająca smoczy język. Nikt nie zrozumiał jakie plany miał Vernon, lecz ostatecznie dogadał się z jaszczurkami że jeśli pokonamy trolle to wypuszczą ludzi z klatek i odejdą. Część z nas pragnęła udać się na spoczynek lecz niestety nie pospali za długo, ponieważ zjawiły się trolle. Podczas walki miałem ponownie okazję wezwać demona, niestety dwa trolle to było dla niego za dużo. Po walce wróciliśmy do miasta z niewolnikami, odebraliśmy wynagrodzenie oraz zaczęliśmy rozważać co pierw zrobić, org barman kultysta czy owce.
Ostatecznie udaliśmy się do karczmy, przed wyjściem na spotkanie Mithegardowi wyszła wynajęta kobieta przez Rovana dla naszego starszego maga. Vernon oczywiście skorzystał z okazji i następnego dnia wyruszył w lepszym humorze kropka mimo iż to moim pomysłem było przepytanie kelnera z przydrożnej karczmy, to nie spodziewałem się tego co zastaliśmy. Po drodze spotkaliśmy grupę podróżujących kupców którzy wyruszyli do Neverwinter jednak burza z gradem ich zawróciła. Wyruszyliśmy dalej i natrafiliśmy na próg burzy, linie obszaru który stawał się coraz większe. W burze dojrzeliśmy kobietę z emblematem Leilon oraz trzy żywiołaki. Do tej pory najcięższa walka dla moich towarzyszy, Diavoro i ja wyszliśmy bez szwanku, Mithegard był ranny, Rovan ledwo przeżył, a Jahned wojownik drużyny umarł, jedyny rozsądny jak na człowieka. Nie było mi szkoda że nie żyje lecz żałuję czasu który będę musiał poświęcić by znaleźć kogoś na jego miejsce. Planowałem wyruszyć dalej zakopując ciało, jednak przypomniawszy sobie jęki drużyny, myśl szukania zmiany, możliwość większych obrażeń, wpadłem na pomysł by zreinkarnować go przy pomocy druida któremu pomogłem zabić smoka. Z tą myślą postanowiliśmy szybko uporać się z burzą i przywrócić człeka z powrotem. Po kilku kilometrach oraz paru piorunach dotarliśmy do karczmy gdzie Diavoro uratował dwóch ludzi. W środku karczmy czekała nas kolejna potyczka Z kelnerem kultystą oraz jego pomagiera mi, wraz z wojowniczką Leilon szybko się z nimi uporaliśmy. Jednak kuchcik i kultyści to był początek, czekała nas jeszcze cięższa walka, A byliśmy wycieńczeni poprzednią.
Weszliśmy na pierwsze piętro karczmy gdzie trafiliśmy na kobietę ukrytą przed zagrożeniem, wzięliśmy od niej zapłatę za uratowanie jej życia. Następnie zeszliśmy do piwnicy gdzie spotkaliśmy posąg Talosa. Wraz z kobietą która więziła pracowniczkę karczmy. Rovan prawie umarł lecz pomogliśmy mu wstać, strażniczka Leilon umarła gdyż nikt jej nie pomógł. Mithegard umarł, z racji że i tak musieliśmy reinkarnować Jahneda to wzięliśmy też i maga. Druid zgodził się nam pomóc po tym jak zdobyliśmy dla niego pewne komponenty magiczne z żywiołaka ognia Na wulkanicznej górze kropka rytuał reinkarnacji się udał a na moje nieszczęście Jahned od teraz był duergarką a Mithegard morskim elfem. Będę miał ich na oku parszywego czarnego krasnala oraz błonistego elfa, czy aby zmiana wyglądu nie wpłynęła na ich zachowanie. Głównym problemem po ich przebudzeniu stały się zaimki duergarki. Po dywagacji z końcówkami dowiedzieliśmy się że Vernon został okradziony, nie pamiętam by moja sakwa się pogrubiła jednak i tak oskarżenia padły na mnie. Za reinkarnację zapłacił Jahned po czym druid się ulotnił by uniknąć dalszego bólu głowy spowodowanego przez głupotę którą wypowiadali moi towarzysze.
Wyruszyliśmy więc dalej, zająć się przeprowadzeniem kóz z Leilon do Phandalin. Były to jednak gigantyczne kozy które w podróży zostały zaatakowane przez wywerny. Odpaliliśmy atak drakonidów, po czym porozumiałem się z kozami pod namową drużyny. Kozy przekonane do współpracy kontynuowały dalszą podróż. Wieczorem podczas obozowania obudził nas Vernon ostrzegając iż w ukryciu trolle czekają by ukraść nam kozy. Zabiliśmy jednego po czym zostałem znokautowany przez lecący głaz. Gdy wstałem nie było śladu po olbrzymach reszta drużyny leżała, pomogłem wstać Rovanowi oraz Jahnedowi.
Giganty zabrały nam część kóz, po odpoczynku wyruszyliśmy dalej do miasta po czym odebraliśmy zapłatę. Drużyna tłumaczyła powód braku kilku kóz, jednak zleceniodawca zapłacił za te dostarczone. Bo pytaliśmy o orka Gruka lecz zamiast o nim dowiedzieliśmy się o rudej elfce. Elfka wspomniała o wyzwoleniu Talosa, jednak wyruszyła z miasta, Kowal zaczął wypytywać o towarzyszy, wodnego elfa oraz duergarkę. Odpowiedziałem że krasnoludka jest moją niewolnicą aby nie zostawiać śladów tworząc plotki o z reinkarnowanej drużynie. Jednak memu towarzyszowi się to nie spodobało, przyłożył mi miecz do szyi lecz ja wygrałem go do innego planu aby go uspokoić. Udałem się do karczmy po czym przybył i Jahned grożącemu kroczu, przeniosłem się więc czarem za okno. Udałem się do Ari Torton aby się przenocować oraz zebrać informacje, z rana wyruszyłem do rudej elfki. Pod młynem dowiedziałem się że elfka wróciła do miasta, reszta drużyny nie przybyła więc udałem się do elfki sam. Przypiąłem przypinkę kultu którą znalazłem pod kapliczką i zacząłem wypytywać elfkę, ta jednak rzuciła się na mnie uciekłem przed nią oraz szukanym orkiem Grukiem. Rozpoczęła się walka w strefie ciemności po czym przybyła drużyna a także reszta kultystów.
Rozpoczęła się walka trzech stron, kultu Talosa, kultu Myrkula i nasza. Powoli każda ze stron się wybiła, padłem od pioruna po czym wstałem w tym samym miejscu, odnaleźliśmy soczewki które ukazały nam miejsce kryjówki kultu na mapie. Wyruszyliśmy więc do Leilon aby stamtąd wypłynąć do kultystów. W mieście jednak postanowiliśmy pierw zająć się wierzą Thalivara w której grasował duch. Dostaliśmy się do wieży na której parterze znajdował się mag Gallio Elibro, majaczący o badaniach historii wieży. Wraz z wraz z Diavoro udałem się na wyższe piętro gdzie znaleźliśmy posągi które po usłyszeniu naszego głosu ożyły. Odpuściliśmy sobie to piętro udając się wyżej gdzie znaleźliśmy jedynie sterty kamieni. Udaliśmy się więc na szczyt skąd zeskoczyliśmy na linie, pierw Jahned które zrezygnował przed wejściem, więc wciągnęliśmy go. Pytał nas po co to wszystko, kompletnie zapominając o celu. Sam zjechałem po linie od znajdując starą księgę zapisaną po części nowym i starym atramentem kropka zebrałem ją na górę gdzie dowiedziałem się że wszyscy zapomnieli o naszym celu, odpuściłem pytania udając się do maga. Oddałem bezużyteczną księgę za co dostaliśmy wynagrodzenie. Okłamaliśmy maga oraz zleceniodawcę zapewniając iż wypędziliśmy ducha, jednak nie dawało mi to spokoju, gdy się obróciłem ujrzałem ducha na szczycie który był z nas niezadowolony. Wnerwiony wróciłem na szczyt gdzie nikogo nie znalazłem. Postanowiliśmy więc wypłynąć przedtem odbierając zapłatę za wykonane zlecenie. Zleceniodawca nie zapłacił dowiedziawszy się o dalszych wybrykach ducha. Udaliśmy się więc na szczyt w nocy, duch Thalivara był przekonany że to my jesteśmy upiorami w jego koszmarze. Wykonaliśmy więc rytuałów wypędzenia z pomocą kapłanki Lathandera, odczekaliśmy noc po czym byliśmy pewni iż zniknął. Odebraliśmy zapłatę od markotnych strażników, 400 platyny na osobę. Rozpisaliśmy listę zakupów oraz ruszyliśmy do portu aby wypłynąć.
Przed wyruszeniem w wyprawę statkiem na klify, uzupełniliśmy zapasy a także musieliśmy rozważyć oferty portowych przecinek z którym popłynąć. Smakowy dbający o statek, pijana Tabaxi, popłynęliśmy oczywiście ze smokowcem kropka jednak czułem że coś go gryzie, wypytałem go o kult jednak nic nie wiedział, wzdrygnął się jedynie na widok sygnetu. Podczas podróży złapała mnie choroba morska więc zostałem pod pokładem. Mag wspomniał podczas podróży że przeczytał myśli kapitana z czego dowiedział się że coś ukrywa. Innego dnia diabelstwo wkradło się do kajuty kapitana gdy ten spał, dzięki czemu wykradł papiery kapitana dowodzące o jego przynależności do kultu. Innego wszczęliśmy walkę po wtargnięciu kajuty kapitana, jednak z pomocą załogi która zbuntowała się z powodu przyjmowania złych zleceń, udało nam się pokonać kapitana wraz z żywiołakami które przyzywał. Dalszą podróż statkiem kontynuowała nowa kapitan, oprócz upiorów która szybko pokonaliśmy zdobywając informacje o czarnym smoku na bagnach, nowa kapitan się lepiej sprawdziła. W końcu rozpoczęliśmy podróż łódką do brzegu uprzednio dając kamień komunikacji załodze, po drodze rozprawiliśmy się z żywiołakiem oraz wywernami. Na plaży zawalczyliśmy z kultystami oraz wielkimi krabami, przeszukaliśmy tunele, znaleźliśmy grupę ludzi i drowa dowódca wydobyłem z mrocznego elfa informacje po czym wprowadziłem ich w zasadzkę, ludzi zabiliśmy gdy drow próbował przekonać nas że może do nas dołączyć jeśli znajdziemy lekarstwo, Diavoro zabił go strzałem ja natomiast odciąłem mu głowę kropka w innej sekcji tunelów znaleźliśmy wiedźmy które pragnęły plotek, rozrywki oraz pieniędzy. Vernon chciał je zabić i jednak wygnałem go do innego planu po czym Jahned je zaatakował na szczęście po tym już jak podarowały mi magiczną muszlę. Ulotniłem się z walki początkowo, jednak po chwili wróciłem ratując ich kropka następną atrakcją był jak się okazało magiczny gejzer. Razem z Jahnedem weszliśmy do gejzera po czym przenieśliśmy się na wielki kamień otoczony zewsząd wodą. Używając muszli przeszukałem czy wy nie ma nic pomocnego w okolicy, przyznałem więc Abishaja aby zapytać go o to miejsce. Pomógł mi za jedyne 1000 sztuk złota, przekazał mi że istnieją inne bańki w których może być dżin. Niestety jednak nic nie znalazłem, ostatecznie wydostaliśmy się czarem wygnania, nie wiem gdzie trafił wojownik lecz ja trafiłem w okolice miasta Silvermoon.
Pierw trafiłem do jakiegoś lasu z którego wychodząc natrafiłem na miasto Deadsnows którym dowiedziałem się gdzie mnie wyrzuciło oraz po paru dniach organizacji zasobów otrzymałem zadanie. Moja organizacja zleciła mi przeprowadzenie pewnej grupy przez podmrok, z racji że mogłem zarobić a także zobaczyć co zmieniło się w rodzinnych regionach, przyjąłem zlecenie. Udałem się więc do cytadeli Felbara, nie chcieli mnie wpuścić do środka lecz ostatecznie drużyna którą miałem przeprowadzić ośmieliła się wyjść aby mnie przywitać. Niziołek, orczyca, Smokowiec oraz genashi powietrza, a od teraz drow, na pewno musimy zwracać na siebie uwagę. W karczmie zaczęli przedstawiać co chcą zrobić w podmroku, przetopić adamantytowe pręty które Smokowiec nosił na plecach oraz dostarczyć paczkę gnomowi w Mantol-Derith. Po krótkiej rozmowie z zarządcami przedostaliśmy się do podmroku. Niestety zważywszy na fakt jakim miejscem jest podmrok nie miałem czasu na sporządzanie notatek, tak więc na moment w którym to pisze znajdują się już poza podziemiami w drodze do Leilon aby odzyskać konie. Drużyna dziwaków doświadczyła od wejścia aspektów po mroku, ciemność, korytarze, labirynty oraz kratery które przechodziliśmy z pomocą mych czarów. Pierwszym ich wrogiem była Bulleta, zmierzyli się także z hakowymi potworami w lochach, duergarami na otwartej przestrzeni a także mymi pobratymcami. W podróży natknąłem się także na kapliczkę Loloth którą oczyściłem ze śliny czarnych krasnoludów a także pozostawiłem medalion aby zezwoliła na podróż. Od duergarów odbiliśmy svirfnebliny które chciały abyśmy je doprowadziły do Blingdenstone pod koniec podróży pozostawiliśmy je w Mantol -Derith.
W jednym z lochów znaleźliśmy rozumny galaretkowaty sześcian który zaprzyjaźnił się z niziołką oraz rozpoczął z nami podróż. Na pewnym etapie spotkaliśmy także mykonidy u których pohandlowaliśmy, wyruszyliśmy dalej gdzie spotkaliśmy także wiele grzybów trujących. Przez całą podróż żywiliśmy się wieloma rodzajami grzybów, bluecap, bulpfruit, ripplebark. Próbowałem ich nabrać na język szaleńców, ostatecznie udaliśmy się na brzeg Darklake trafiając przy okazji na Sloobludop miasto Kuo-toa. W obym mieście wydaliśmy się w walkę dwóch wiar, Lemoogoogoona oraz Blidoloopoolpa o którym słyszałem przy okazji dowiadując się o złej renomie na temat psychiki Kuo-toa. Nasz pobyt w tym mieście skończył się na wezwaniu Lemoogoogoona który okazał się być Demogorgonem. Udaliśmy się więc prędko na brzeg Darklake uciekając przed zniszczeniami miasta nadciągającymi w naszą stronę. Wypłynęliśmy statkiem, przedzieraliśmy się przez wyrwy za pomocą chodzenia po wodzie, jechaliśmy wodnymi windami oraz walczyliśmy z duergarami na statku widmo. Mantol-Derith zmieniło się trochę od mojego ostatniego pobytu, windy magiczne, konflikty organizacji, w który oczywiście się wplątaliśmy. Rozwiązaliśmy konflikt między drowami, goblinami a beholderami, odnajdując skradziony kryształ który odbierał rozum posiadaczowi nie pozwalając mu go oddać, co dotknęło niziołkę z drużyny. Rozwiązaliśmy drobne problemy, zrobiliśmy zakupy wyposażając się w magiczne przedmioty oraz wyruszyliśmy zdobyć oczo macki beholdera dla pewnego gnoma, przed wyruszeniem dostarczyliśmy także przesyłkę zleconą przez naszą organizację.
Udaliśmy się więc do beholdera, w jego lochu czekała nas głupia zagadka błazna, walka z pachołkami a także z samym beholderem i jego ochroną na jego arenie kropka drużyna odmieńców jednak nie dała rady, beholder uciekł A z racji że miałem także ich bronić odpuściłem Pogoń czekając na ich zregenerowanie. Smokowiec i niziołek umarli reszta ich drużyny wsadziła ich do jednej z torb przechowywania jednak nie zabrali ziomce innej torby magicznej przez co magiczna wyrwa wciągnęła nas przenosząc do innego planu z którego mogliśmy przenieść się do każdego planu. W taki sposób wraz z ciałami udaliśmy się do piekieł, byłem chyba na zbyt ciekaw reakcji mego patrona przez co po wejściu ujrzałem piekło tylko przez sekundę po czym przeniosło mnie na wybrzeże miecza skąd udałem się po konie do Leilon.
Sama podróż z zajęła mi może cztery dni, napawałem się samotnością uzupełniając dziennik przy pomocy chochlika. Wróciwszy do miasta ujrzałem że śladem Mantol-Derith także się rozbudowali prawdopodobnie w obronie przed następnymi atakami. Jeśli cokolwiek miałoby mnie zdumiewać w ludziach to chyba tylko to jak są pracowici, co robi z nich świetnych niewolników podmroku. Przedyskutowałem zapłatę zatrzymanie koni przez ten czas, zostawiając je tam nakazując cierpliwości wynagrodzenia. Moim ostatnim przystankiem przed dalszą podróżą był posiłek oraz sen w karczmie, gdzie Na nieszczęście spotkałem swą drużynę w tym momencie mój odpoczynek się nie skończył. Byli wszyscy poza Vernonem chyba się go w końcu pozbyli, jednak jak się dowiedziałem przybędzie później. Jahned też miał swe przygody w podróży powrotnej przez pustynię, Rovan załatwił delek jest prawie rodzinne a Diavoro się stęsknił i czekał na mnie cały ten czas. Po przybyciu Vernona opowiedziałem całej karczmie o mojej przygodzie a także podarowałem magowi prezent, igłę wartą 500 platyny. Owa igła w zamyśle miała pozwolić na zmianę w człowieka którym był, jednak on wsadził sobie ją w odbyt po czym zrezygnował oddając ją ostatecznie Jahnedowi by ten mógł wrócić do postaci ludzkiego mężczyzny. Obmywszy igłę Jahned postanowił zrobić sobie ze mnie żarty zmieniając się w mroczną elfkę, jednak Vernon wykorzystał to by zesłać na niego rasistowskich chłopów, co zmusiło Jahneda do wrócenia formy poprzedniej. Wyruszyliśmy więc wszyscy razem przyjmując zadanie pomocy wiosce w walce z rekinoludźmi. Po przybyciu na miejsce mag zapragnął przyłączyć chłopów z wioski do walki, jednak oni się nie przyłączyli ponieważ nie za to nam płacą. Ja jednak postanowiłem ponownie przetestować moralność oraz siłę mojej drużyny. Zacząłem planować na głos jak to bym mógł okraść wioskę lub ją spalić, o dziwo Vernon przyłączył się do planowania jednak wreszcie się to nie spodobało. Mówili że to głupie pomysły na co Vernon chciał odpowiedzieć kulą ognia, ostudziłem jednak jego zapał przerywając mu atak. Po czym chciałem wszystkich uśpić aby się uspokoili i ustali z natarciem na maga. Nieatakując nikogo zostałem ogłoszony przez wojowników. Po przebudzeniu oraz ochłonięciu moich kompanów wyruszyliśmy zająć się zadaniem. Udaliśmy się do jaskini obok wioski gdzie przesiadywały rekiny wybiliśmy wszystkie, odkryliśmy krąg zawierający szkieleta złożonego z rekina i człowieka, z którego prawdopodobnie stworzono te monstra kropka poza tymi pomiotami nic nie znaleźliśmy więc udaliśmy się odebrać z zapłatę.