Wąż
Pojedynczy nagaji pędzi przez dżunglę, sprawnie niczym małpa czy puma. Co jakiś czas gwiżdże w gwizdek. Dźwięk, choć cichy, słyszalny jest dla innych zwiadowców, bowiem już po kilku minutach podobne głosy rozlegają się w północnej części Skrytej Wyspy. Na plaży zebrało się pół setki wojowników nagaji, wyposażonych we włócznie i łuki. Przed szereg wyszedł starszy nagaji z kosturem i w zbroi z liści. Wpatrywał się w ocean z niepokojem, ale po chwili rozluźnił się. Jeden ze zwiadowców podszedł do niego i spytał.
- Czemu nie atakujemy? Musimy zatopić te statki nim dotrą do brzegu! Czemu nic nie robisz?
Ale starszy uśmiechnął się.
- Nie ma potrzeby. Obserwuj.
Z chmur wyłonił się wielki ognisty ptak. Nie jest jednak sam, bo towarzyszy mu Wściekły Wąż, jadący na jego grzbiecie. Statki wkrótce dobiły do brzegu i zaczęły z nich wysiadać zdezorientowane nagaji oraz jedna naga, uwolniona z Czarnej Piramidy, Tetrimona. Marynarze na statkach niepewnie patrzą na brzeg, zastanawiając się czy zaraz nie zostaną ostrzelani czy zaatakowani.
Artom wylądował, a Wąż zeskoczył zgrabnie. Feniks podszedł do starszego, a ten i inne nagaji z wyspy padły na twarz, składając pokłony.
- Jestem zdziwiony, że przetrwaliście samotnie na tej wyspie. Okazaliście się moimi najwierniejszymi podwładnymi. Ale minęły czasy wydawania rozkazów. Jestem tutaj, aby pomóc mieszkańcom tej wyspy powrócić do czasów świetności. Powróciłem do domu. Ale nie ja jeden...
Wąż wyłoniłby się zza feniksa.
Spojrzałby pytająco na to wszystko.
- Powróciłem. Ale kim wy jesteście i co to za miejsce?
Shirvan
W Porcie Luna rozpoczęto mozolną budowę dodatkowych doków, ponieważ w ostatnim czasie ilość statków kursujących pomiędzy Portem a Harmonią osiągnęła kosmiczne rozmiary. Pani kapitan Freya Moonwhisper, choć niespecjalnie powiązana z architekturą, kręciła się po dokach, obserwując z zaciekawieniem budowę. Podbiegł do niej posłaniec.
- Pani Freyo, pani Freyo. Musi pani pospieszyć do tawerny.
Freya westchnęłaby.
- Znowu on? Okej, pogadam z nim. Pora przemówić mu do rozumu.
Shirvan ociężale złapał za kubek z alkoholem. Dźwięk wysokich butów rozległ się w tawernie i do Shirvana dosiadła się Freya. Pstryknęła palcami i wszyscy bywalcy opuściliby salę.
- Słyszałam, że dajesz zarobić mojemu przybytkowi. - Shirvan nie odpowiedziałby.
- Z tego co kiedyś opowiadałeś, jesteś z Harmonii. Chciałbyś zatem mnie wtajemniczyć, dlaczego zapijasz się w mojej tawernie, zamiast ucztować ze swoimi ziomkami? - Shirvan wzruszyłby ramionami.
- Milczący typ. Rozumiem. Ostatnio byłeś bardziej gadatliwy. - na chwilę zamilkłaby. - Jeśli miałabym zgadywać, albo ktoś złamał ci serce, albo kogoś straciłeś. My elfy mamy ten problem, że w naszych długich życiach doznajemy tego zdecydowanie za często. Co z czasem sprawia, że stajemy się wycofani, chłodni. Miłość mojego życia została zadźgana przez imperialnych łowców, kiedy próbował mnie chronić. Został mi po nim tylko sztylet.
- Morał tej historii jest taki, że podczas naszych żyć zyskujemy przyjaciół i wrogów, kochanków i rodzinę. Czasem niektórzy z nich odchodzą. To nie znaczy, że powinniśmy pozbawiać się celu. Nie wydaje mi się, żeby zapijanie się w karczmie było twoim ostatecznym celem w życiu.
Podsunęłaby papier z podobizną jakiegoś mężczyzny i podpisem "Poszukiwany żywy lub martwy. 20000GP."
- Potrzebuję kapitana, kogoś kto zna się na rzeczy, kogoś, kto nie boi się wyzwań. Mam statek i załogę. Shirvanie, czy słyszałeś kiedyś o pewnym piracie nazywającym siebie "Ernest Żelazny"?
Asim
Skromny, niewygodnie wyglądający tron z kwarcu stanął na miejscu starego siedziska, zniszczonego przez Erendela podczas jego ucieczki z Wszechwieży. Popękane płytki układające się w krzyż ankh wygładzono i rozjaśniono. W tron wpatruje się jedna para oczu, wyzierająca z czeluści hełmu. Na schodach słychać kroki. Obok Asima pojawił się Dahkari, kapłan i były inkwizytor Ozyrysa. Przez chwilę wpatrywał się w tron, po czym wyszedł na balkon, polecając Asimowi podążyć za nim.
Na dole rozciąga się miasto, a raczej slumsy otaczające Wszechwieżę. Gdzieś dalej widać nieliczne żałosne wioski.
- Trzy dni temu złapaliśmy kultystę Seta. Wczoraj dwóch następnych. Jak szczury uciekające przed powodzią, gnają na zachód. Kiedyś by nas to zadowoliło. Przegnać ich z Mestar i skupić się na ochranianiu miast. Ale czasy się zmieniają. Miasta wynurzają się z dna morza, a latające piramidy rozbijają się, by nigdy więcej się nie podnieść. Bóg Shu zesłał wiatr zmian, a te zmiany wymagają natychmiastowego działania. Rozmówiłem się z kapłanami. Wszyscy są zgodni, że pomimo Twoich akcji, pomimo zwycięstw, to dopiero początek długiej batalii z Setem.
Kamienie Mistyków zostały zniszczone, a w ich miastach panuje chaos. Teraz, kiedy wiemy że ich protoplaści byli ściśle związani z kultem Seta, daje nam to dodatkowe możliwości. Nadeszła pora, by przejść do ofensywy i zdusić złodziei dusz raz na zawsze. Kapłani chcieliby nadać ci funkcję Heralda Ozyrysa. Z tego co nam wiadomo, tylko raz w historii użyto tego tytułu w naszej starej krainie na kontynencie, w Er-Mashi. Jako Herald Ozyrysa, będziesz jego twarzą i wizerunkiem, jego oczami i uszami. Przede wszystkim jednak, będziesz jego głosem. Niech cię jednak nie zwiedzie fakt nadania tego tytułu przez kapłanów. Wszyscy mieliśmy wizję od Ozyrysa i wierzymy, że tak należy ją interpretować. Dziś odpocznij, ale jutro zaczyna się nowy dzień w historii Mestar. Wierzymy, że poprowadzisz nas do zwycięstwa.
Jorhar
W dusznej komnacie w bliżej nieokreślonej lokacji siedzą cztery poselstwa. Morana Nayid, Pierwsza Dama Telmary, blondynka z ewidentnym wpływem pochodzenia dżinów wiatru. Nieco znudzony mężczyzna w eleganckiej czapce, Saadiq Naderi, władca Belirii. Azarketi, który został wybrany nowym władcą Harmonii, Enroq oraz dwójka krasnoludów - lider ruchu oporu a obecny król Piaskowych Hal, Landor Greyhand oraz Jorhar Blacksteel.
Saadiq podrapał się po brodzie.
- Prosicie nas o to, byśmy zerwali wszelkie stosunki z Mezaarczykami, biorąc pod uwagę fakt, że parę lat temu zdecydowaliśmy się do nich dołączyć. To przecież zdrada. Dlaczego moje miasto miałoby to zrobić?
- Twoje miasto, Saadiq? Porzuciłeś swoje miasto, kiedy do nich dołączyłeś. Mamy teraz okazję, by przywrócić stary porządek. Potęga Mezaar to przeżytek. Czyż nie widziałeś jakie walki trwają w ich stolicy? Ich potęga osłabła. Nie będę wnikać, co się wydarzyło, ale być może w końcu mamy szansę, by zacząć od nowa.
- A oni? - wskazał na krasnoludy. - Nie macie najlepszej opinii na wyspach. Teraz przychodzicie z podkulonymi ogonami, ofiarowując... co to właściwie jest? - sporjzał na kartki wypełnione równaniami i rysunkami.
Landor skinął głową. - Był czas, kiedy aerostatki latały nad Nidirem. Ten czas powraca, dzięki mojemu naczelnemu inżynierowi, Jorharowi. Mieliśmy mały problem ze źródłem energii... Ale Jorhar odkrył zapiski pewnego genialnego wynalazcy, które rozwiązują ten problem. Przekazujemy te plany w zamian za sojusz z Piaskowymi Halami i odcięcie się od Mezaarczyków. Nasi partnerzy z Harmonii również chcieliby wesprzeć Was w działaniach przeciwko Mezaar, ofiarowując rozbudowaną flotę i wiedzę o morzach, jakich nie posiadają nawet Wolni Kapitanowie. Jorharze, jakbyś mógł wyjaśnić technikalia tych mechanizmów...
Po godzinie rozmów, Jorhar opuścił komnatę, wychodząc na słoneczne ulice Telmary.
Przed wejściem na ławeczce siedzi Agralyn, jego córka. Patrzy z wielkimi oczami na posągi i ludzi, budynki i dziwne stworzenia, których pełno w takich miastach.
- To miasto jest niesamowite! W końcu dosyć duchoty podziemia! Do dziś czuję zapach krwi niektórych częściach Hal... - po czym spoważniała. - Nie spodziewałam się, że to zrobisz. Ale jednak. Zrobiłeś w końcu coś dobrego, ojcze.
Kiedy Agralyn poszła zwiedzać miasto, Jorhar zapatrzył się w ulicę. Pojedynczy krasnolud ubrany zdecydowanie za grubo jak na tą pogodę wpatruje się w niego. Jest stary, z całkowicie białą brodą i groźnym wyrazem twarzy. Frogrunn Silverpick, ten prawdziwy, skinął głową inżynierowi i zniknął w tłumie.
Namir
Pewien rybak właśnie skończył rozplatać sieci, kiedy wielka fala niemal zakryła jedną z najbardziej tajemniczych wysepek na morzu. Przez lokalnych znaną jako Wyspa Zjaw. Fale rozbijają się o wyspę, a słońce zaszło za chmurami. Rybak zmrużył oczy i przysłonił je dłonią, patrząc na dość odległy klif. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi kogoś na szczycie, ale chmury prędko skryły to miejsce.
Percy i Namir stoją na szczycie klifu. Od dłuższego czasu Namir miała przeczucie, że coś nadchodzi, bo Percy był jeszcze bardziej mrukliwy niż zazwyczaj. Pewnego dnia poprosił ją o zabranie go tutaj. Wilk przez długi czas wpatrywał się przed siebie, tak jakby zastanawiając się, co powiedzieć. W końcu zwrócił się w stronę Namir.
- Nadszedł czas, abym odszedł. Kiedyś myślałem, że do końca mojego istnienia będę prowadził dusze. Ale potem odbyłem najdziwniejszą przygodę, jaką każda psychopompa mogła odbyć. Podróżowanie z Tobą to było interesujące przeżycie.
Abolethy zostały zniszczone, a Pharasmie nie grozi już śmierć z ich ręki. Mistycy utracili kamienie, ale nie wiedzę o ich tworzeniu. Prędzej czy później się odbudują. Mój czas z Tobą dobiegł końca, ale to Ty musisz ostrzec innych. Walka o dusze trwa. Nie smuć się jednak. Spotkamy się jeszcze jeden raz. Przyjdę po ciebie, kiedy nadejdzie pora.
Zanim jednak zniknę, przyjmij mój ostatni dar. Żegnaj, przyjaciółko. (ostatnie słowa Mustafy)