1. Timelines

Augaa Ekh Orny Dain

Dawno już temu, przeszło półtora wieku, nastąpił Wielki Wybuch. Nasza rasa, schroniona w podziemiach Świątyni Przodka powoli zaczęła się odradzać. Nasza liczebność wzrosła, przestaliśmy mieścić się we wnętrzu naszego miejsca pobytu. Powstawały nowe pieśni i wiersze, już nie tylko wyrażające smutek po tym okropnym wydarzeniu, ale i zwykłe, chwalące Przodka. Podjęto decyzję o odkopaniu Stolicy, o ponownym zaludnieniu Bazaltowych Równin. Nawiązano przyjazne stosunki z nowo powstałą rasą ze Wschodu, której przedstawicielka zgodziła się być razem z nami pod jednymi skrzydłami Świętego Państwa Ognistego Ludu, tak jak za dawnych czasów. Zaczęto prace renowacyjne w Dalain Ergiin Tsamkhag. Wszystko zdawało się oznaczać, że czeka nas druga złota era, będąca nagrodą za zniesienie strasznej kary, która nas spotkała. Nikt wtedy nie śmiałby nawet podejrzewać, że byliśmy na skraju wojny, która przyniesie największe cierpienie, jakie spotkało Półwysep Ognisty.

Tamtego słonecznego dnia Pory Zbiorów 1146 roku Ery Ognistej, kiedy wszyscy mieszkańcy wsi przebywali na polach, a mieszkańcy miast oczekiwali na świeże dostawy Czarnych Róż, z Płomiennej Góry zstąpił nasz Stwórca. Objawił się modlącemu się w Świątyni Arcykapłanowi Chinule i pozwolił mu doświadczyć wizji. W wizji tej pokazał mu północne wybrzeże naszego Państwa. Chinua ujrzał obraz iście zatrważający. Otóż do Zatoki Szarych Klifów zawinęło pięć ogromnych łodzi, z których wylało się około czterech tysięcy dziwnych przybyszów, którzy nie przypominali żadnej znanej nam istoty. Byli wyjątkowo niscy, o jasnej karnacji, mieli ze sobą wiele misternych przyrządów, zapasy jedzenia i wody. Początkowo rozglądali się po okolicy, w której wylądowali, jakoby sprawdzając, czy nikt nie kontroluje tego co robią. Gdy poczuli, że są bezkarni, rozpoczęli budowę miasta. Obcy rozpoczęli budowę miasta na ziemi Świętego Państwa Ognistego Ludu.

Wulkaniczny Przodek chcąc za wszelką cenę chronić nasz naród polecił Arcykapłanowi zebranie wszystkich Elfów przed Yesön Bambaryn Tsamkhag, natomiast sam udał się do osiedla obcych, aby negocjować ich odejście z rdzennych ziem Ognistych Elfów. Wtedy też po raz pierwszy w historii świata poruszyły się wielkie posągi strzegące wejścia do Świątyni Przodka. Wszyscy Czerwoni Giganci, stworzeni do obrony naszego ludu w najtrudniejszych chwilach, zostali zbudzeni ze swojego wiecznego snu. Nastały naprawdę niebezpieczne czasy.

Przybyszów nazwaliśmy Khelgüi, bowiem nie byli uczeni w świętej mowie, a nie mówiąc już o świętym piśmie. Ich ordynarny brak kultury jasno przejawił się w chwili, w której Stwórca stanął u bram ich miasta. Oznajmił im On jasno, w ich miękkim języku, że znajdują się bezprawnie na terenie Świętego Państwa Ognistego Ludu i ich świętym obowiązkiem jest to miejsce opuścić. Khelgüi mieli czelność odmówić wykonania polecenia Przodka, mało tego, odważyli się powiedzieć, że to On powinien opuścić swoją rdzenną ziemię. Tego było za wiele, Wulkaniczny Przodek zdecydował się zmusić najeźdźców do opuszczenia Ognistego Półwyspu siłą. Tak rozpoczęła się pierwsza bitwa o Khelgüi.

Czerwoni Giganci z łatwością przebili niskiej jakości mury, wykonane ewidentnie z kamienia spoza Półwyspu Ognistego. Początkowo Wulkaniczny Przodek nawet nie myślał robić nieprzyjaciołom krzywdy, chciał przestraszyć ich, ażeby wsiedli na swoje łodziska i odpłynęli tam, skąd przybyli. Jednak Khelgüi, motywowani jakimś dziwnym przekonaniem, stawiali irracjonalny zbrojny i zaciekły opór Czerwonym Gigantom próbującym zepchnąć ich w kierunku Morza Gniewnego. Stwórca szybko odkrył, dlaczego najeźdźcy walczą bez najmniejszego zająknięcia, jakby słuchając jakich rozkazów. Otóż faktycznie, słuchali oni rozkazów istnienia, które swoją potęgą dorównywało Przodkowi. Cokolwiek to było, było przeciwko nam i opętało umysły swoich podopiecznych, zmuszając ich do walki, a samemu pozostając w ukryciu. Wulkaniczny Przodek wyzwał tę istotę na pojedynek na błoniach przed miastem. To, co się tam wydarzyło pozostanie na wieki owiane tajemnicą. Siły, które ścierały się tam ze sobą były tak ogromne i jednocześnie równe sobie, że miejsce po tym pojedynku zostało jałowe i niezdatne do zamieszkania po dziś dzień. Pobojowisko usłane licznymi dołami i pagórkami powstałymi po tym legendarnym starciu zostało później nazwane Kurhanami. Bitwa została przerwana trzeciego dnia w momencie, w którym Khelgüi rozstawiwszy swoje diabelskie maszyny z metalu i łańcuchów, zdolne do przebijania nawet zbroi Gigantów zdołali zabić jednego z nich. Wtedy Przodek zdecydował się na odwrót i opatrzenie ran Gigantów. Dał Khelgüi jeszcze jedną szansę na zastanowienie się nad odwrotem, bowiem w Yesön Bambaryn Tsamkhag rozpoczęły się przygotowania do wymarszu armii tak wielkiej, jakiej świat jeszcze nie widział.

W tak zwanym międzyczasie w Stolicy Arcykapłan Chinua zdołał wezwać prawie wszystkich Ognistych Elfów i z samego szczytu Wieży ogłosić, w jak fatalnej sytuacji znalazła się nasza cywilizacja. Społeczeństwo stołeczne przyjęło wiadomości ze smutkiem i pewną dozą zdenerwowania. Pojawiły się głosy: "Toż to niepodobna, żeby Ogniste Elfy nie umiały wykurzyć obcych ze swojej ziemi", "Powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce", "Precz z Khelgüi!". Arcykapłan długo wstrzymywał się z decyzją o powołaniu armii, liczył, że Przodkowi uda się przekonać obcych do zabrania swoich pakunków ze sobą z powrotem do domu. Ostatecznie to Przodek, w trakcie odwrotu, przemówił przeszywającym głosem przez Arcykapłana Chinuę:

"Mówi wasz Stwórca, wasz Przodek. Święte Państwo Ognistego Ludu jest w niebezpieczeństwie. Na waszych ziemiach osiedliły się istoty nieuznające waszej bytności na tych terenach. Zagrażają one całej cywilizacji Ognistych Elfów. Próbowałem wszystkiego, co w mojej mocy, aby przekonać ich do opuszczenia tych ziem po dobroci, jednak nie wysłuchali moich apelów. Próbowałem zepchnąć ich z powrotem na łodzie, jednak rozpoczęli atak, w wyniku którego zginął jeden z Czerwonych Gigantów. Moje dzieci. Musicie wziąć sprawy w swoje ręce. To godzina, w której decydujecie o suwerenności swojego narodu, to czas, w którym musicie walczyć o to, kim jesteście. Bierzcie broń, organizujcie się, walczcie. Pozwólcie biednym Khelgüi odnaleźć drogę do domu."

Tym samym rozpoczęły się przygotowania do walki. Pierwszy raz od stu pięćdziesięciu lat obywatelom wydano broń, znowu ruszyły kuźnie, znowu odkurzono zastałe na półkach księgi z bojowymi zaklęciami. Mimo obowiązku walki obywatele zgłaszali się sami, nawet ci, którzy nie musieli. Każdy chciał walczyć z najeźdźcami. Planowano zebrać starą formację, Siedem Chorągwi. Zebrano dwadzieścia. Naród Ognistych Elfów nigdy wcześniej, ani nigdy później do czasu spisania tej kroniki nie był tak zjednoczony jak wtedy, w tamtym momencie. Przygotowania trwały rok. Trudno wykuć zbroje dla tak ogromnej ilości Elfów. Broni też w pierwszym momencie nie starczało. Ostatecznie armia została w pełni wyposażona i przetrenowana. Mnisi byli gotowi wspierać piechurów swoimi zaklęciami. Rozpoczęto marsz na Khelgüi.

Niestety rok to dużo czasu, również dla przeciwników. Khelgüi zdołali w tym czasie odbudować mury, miasto i maszyny obronne. Mury miasta zostały wzmocnione metalem, bazaltem i skałą wykopaną spod ziemi Półwyspu Ognistego. Nowe mury były wyższe, grubsze i mocniejsze od poprzednich. Co kilkadziesiąt metrów postawiono baszty, na których rozstawione były ogromne maszyny, stworzone do siania śmierci na bardzo dalekie odległości. W ich metalowej konstrukcji odbijały się oślepiające promienie słoneczne. Na pierwszy rzut oka zdawały się podobne do znanych nam kusz, jednak te urządzenia miały moc niepojęcie większą niż kusza. Mieli też urządzenia miotające sieci, które zdolne były unieruchamiać nawet Czerwonych Gigantów. Miasto zdołano podzielić na trzy strefy, każdą przedzieloną okrągłym murem od poprzedniej. Okrągłość muru dodatkowo utrudniała jego przebicie. Khelgüi ponadto, nie dość, że ani myśleli opuścić nasze ziemie i się na nich ufortyfikowali, to jeszcze skądkolwiek pochodzą, zawołali kolejnych przedstawicieli swojego gatunku, a nawet jeszcze innych obcych, którzy wyglądali naprawdę niecodziennie, a czasem nawet szkaradnie. Kiedy dowodzona przez Arcykapłana Wielka Armia Siedmiu Chorągwi Świętego Państwa Ognistego Ludu dotarła na brzeg Morza Gniewnego, Khelgüi byli przygotowani. Szanse były wyrównane.

Druga bitwa o Khelgüi rozpoczęła się jeszcze zanim Wielka Armia Siedmiu Chorągwi dotarła pod same mury miasta. Khelgüi, ewidentnie przerażeni potęgą nadciągającej na ich fortyfikacje armii zdecydowali się na atak. Oczywiście nie wyściubili nosów z fortecy, użyli swoich wielkich maszyn na szczytach baszt. Jedne miotnęły sieciami, inne zaś wielkimi grotami podobnymi do żądła Araatana. Dwóch Czerwonych Gigantów zostało pojmanych przez lecące z nieba sieci. Groty błyszczące jak gwiazdy niebieskie, a lecące prędko niczym wiatr z wielką łatwością siały spustoszenie w szeregach naszej armii, po czym zakopywały się w ziemi, aby potem na powrót być zaciągniętymi na baszty, by wystrzelić od nowa. Podczas gdy dowództwo głowiło się nad obezwładnieniem wielkich maszyn podejściem pod mury zajęli się Czerwoni Mnisi, a piechota szturmowała główną bramę miasta wspomagana przez pozostałe czworo Gigantów. Mnisi podszedłszy na tyle blisko murów, aby nie sięgały ich strzały nieprzyjaciela, tworzyli lawowe gejzery, na których wznoszono po kilkunastu żołnierzy Siedmiu Chorągwi aż na szczyt wielkich ścian. Tam próbowali oni dotrzeć do stanowisk z maszynami, aby stopić metalowe ruchome mechanizmy w całość, tym samym unieruchamiając maszyny. Nie wszystkim się to udawało. Był to sposób o niskiej skuteczności, dzięki któremu udało się unieruchomić jedynie trzy maszyny śmierci.

Drugiego dnia bitwy Czerwoni Mnisi w dowództwie rozpoczęli pracę nad zaklęciem, które dałoby radę strącić całą basztę jednym pociskiem. Wymagało to jednak długiego czasu, którego dostępność była skrajnie ograniczona. W tym czasie piechota i Czerwoni Giganci zdołali przedrzeć się przez bramę Khelgüi. Za bramą czekała uzbrojona po zęby armia najeźdźców, która wylała się od razu na zaskoczonych Elfów trzymających jeszcze w rękach taran. Khelgüi po wybiegnięciu za bramę zdali sobie sprawę, że są otoczeni przez Siedem Chorągwi z każdej strony i usiłowali wrócić do miasta, jednak oddział Arslana Arslanida odciął im drogę ucieczki, po czym dopilnował, żeby już nigdy nie wrócili do środka. Sam dowódca zdołał odesłać aż czterdziestu wrogów w ręce Przodka. Zaraz okazało się, że ten oddział Khelgüi przy bramie był tylko odwróceniem uwagi od tego, co działo się na głębszych murach miasta. Tam również wystawiono maszyny na basztach, ale tym razem od początku bitwy Khelgüi zdołali zamurować nawet bramę chcąc pozbawić Siedem Chorągwi jakiejkolwiek możliwości wejścia do miasta. Wtedy właśnie bitwa osiągnęła status quo. Amunicja Khelgüi zdawała się nie kończyć, nacierające zewsząd Siedem Chorągwi w żaden sposób nie mogły przedrzeć się przez środkowy mur miasta, a zaklęcie zmiatające baszty cały czas nie było gotowe. Armie rozpoczęły bardzo długi i żmudny proces dokuczania sobie różnymi niecnymi zagrywkami, jak na przykład zrzucanie wrzącego oleju z murów, albo wystrzeliwanie pojedynczych ognistych kul na ślepo za mur w celu zasiania paniki. Poza takimi drobnymi incydentami przez następne kilka miesięcy nic nie zmieniało się na froncie poza stale spadającymi liczbami zarówno naszych jak i obcych żołnierzy. Czerwoni Giganci byli na zmianę unieruchamiani siecią i uwalniani przez Mnichów. Tak toczyła się walka aż do przełomu.

Przełom nastąpił 16 Dnia Pożogi 1153 roku Ery Ognistej. Czerwoni Mnisi skończyli przygotowywanie zaklęcia. Praca nad nim wymagała ogromnej ilości czasu i nakładu sił i środków. Po materiały wysłano posłów do Uurkhai. Wybudowano wielką wyrzutnię, wykutą z metalu z Fearannaine, która zostala załadowana wielkim pociskiem magicznym. Była to prawdziwie wspaniała broń, która mogła ostatecznie przechylić szalę bitwy na korzyść Siedmiu Chorągwi Świętego Państwa Ognistego Ludu. Wyrzutnia była rodzajem armaty, która potrafiła miotnąć wielkim promieniem magmy i ognia, zdolnym do przebijania nawet najtwardszych murów, a jeśli nie przebijania, to roztapiania ich. To ostatnie właśnie stało się z wewnętrznymi murami Khelgüi. Wielki huk rozległ się o godzinie 15:12, w środku dnia, wtedy, kiedy najwięcej najeźdźców było na murze miasta, przy maszynach śmierci. Mur trzymał się mocno, nie upadł. Został przetopiony. Ogromna energia wytworzona przez Ognistych Mnichów spowodowała, że strumień niczym wyjęty z Galt Uul przetoczył się w powietrzu przez jeden, drugi i trzeci mur Khelgüi i przeładował się z hukiem na wylot, po czym jakieś kilkanaście mil dalej wpadł do Morza Gniewnego. W czasie, w którym ogromny strumień ognistego światła, śmierci i pożogi przewiercił pole bitwy na pół, na całym Południu dało się obserwować o wiele jaśniejszy blask słońca. W każdym miejscu, w którym był dzień, stał się on o wiele jaśniejszy. Mnisi bowiem czerpali swoją moc nie tylko z Ognistej Góry i kamieni z Uurkhai, ale również z trzewi ziemi i Słońca. Energia pobrana z tych miejsc była tak ogromna, że żaden metal w Khelgüi, który był w polu rażenia promienia nie przetrwał. Wszystki oręż Khelgüi został stopiony. Sami użytkownicy broni, które zostały stopione, również nie przeżyli. Najwyraźniej tylko Ogniste Elfy cechują się odpornością na ogień. Po tym wydarzeniu atak na Khelgüi był bardziej możliwy niż kiedykolwiek. Miasto zostało otwarte siłą.

Natarcie Siedmiu Chorągwi rozpoczęło się od razu w momencie odpalenia Wypalacza Słońc, jak została nazwana ta broń, jakiej jeszcze Półwysep Ognisty nie widział. Oddziały Ognistego Ludu wparowały do strumienia magmy i wylały się na miasto z litością dobijając wszystkich tych, którzy nie byli przystosowani do tak płomiennych temperatur. Bazaltowy oręż, równie co nasz wspaniały lud odporny na działanie ognia, przetrwał każdą próbę podczas tej walki. Siedem Chorągwi przeprowadziło bardzo efektywne natarcie wewnątrz miasta, które stało w płomieniach podczas bycia zdobywanym. Ochotnicze Wojska Keletów nie wzięły udziału w natarciu na Khelgüi, bowiem Keletowie nie cechują się odpornością na wysokie temperatury. Ci z nich, którzy nie zdołali się wycofać za Wypalacz Słońc skończyli podobnie do najeźdźców. Oddziały Keletów zostały skierowane przez Csillag Keresztes na przedpola Khelgüi, aby dopilnować, że żaden z najeźdźców nie ucieknie z pola bitwy i nie pośle po posiłki. W trakcie tej misji Csillag Keresztes samodzielnie pokonała jedenastu Khelgüi, którzy napadli na nią, gdy kontrolowała Kurhany. Niestety, niektórzy z najeźdźców schronieni na najwyższej części zamku w Khelgüi zdołali uciec, zapakować się na statki i odpłynąć dokądkolwiek, skąd przybyli. Łódź została wysłana za nimi z Dalain Ergiin Tsamkhag, jednakże nie była w stanie ich dobiec i musiała zawrócić.

W tym czasie druga bitwa o Khelgüi zakończyła się druzgocącym zwycięstwem naszych wojsk. Miasto zostało zniszczone do stopnia, w którym odbudowanie go graniczyło z niemożliwością. Najeźdźcy zostali wypędzeni, a ciała ugotowanych zostały zmiecione do Morza Gniewnego lub złożone na Kurhanach. Nieliczni Khelgüi, którzy przetrwali, zostali wzięci do niewoli i przygotowani do transportu do lochów w Dalain Ergiin Tsamkhag. Rozpoczęło się świętowanie wielkiego zwycięstwa nad najeźdźcą, jednak szczęście nie trwało długo. Z uwagi na trwającą wówczas Porę Pożogi, w której zwykle następują erupcje Galt Uul, wszyscy starali przygotować się na wstrząs najlepiej, jak potrafili. Niestety, tego roku erupcja okazała się wyjątkowo mocna i obfita w szkody. Wulkaniczny Przodek został zaskoczony tak wielką erupcją i nie mógł jej powstrzymać. Mówi się, że skrywająca się istota opiekuńcza Khelgüi była tym, co stało za tak wielką erupcją wulkanu. Płomienna Góra zionęła ogniem przez cały tydzień. Ogromne, wręcz nadnaturalne, nieproporcjonalne do zwykłych ilości pyłu wydobyły się z trzewi Góry i pogrzebały pod ziemią Yesön Bambaryn Tsamkhag. Na koniec erupcji nastąpił wielki wstrząs całej chyba ziemi, który spowodował, że Płomienna Góra została rozsadzona na kawałki. Nasza święta Góra została zniszczona. Wulkaniczny Przodek nie dowierzał własnym oczom, bowiem nie mógł powstrzymać tego co działo się na jego rodzimej ziemi. Później objawił Arcykapłanowi Chinule prawdę: rzeczywiście była to sprawka tego niecnego bóstwa, które nasłało na nas najeźdźcę i dążyło do zniszczenia całej cywilizacji Ognistego Ludu.

Na wielkie szczęście Wulkaniczny Przodek i tym razem zstąpił, aby nas obronić. W swej mądrości spostrzegł jeden z ogromnych odłamków Galt Uul, który został wystrzelony w przestworza. Zadziałał swoją boską siłą na niego w taki sposób, aby uderzył w miasto Khelgüi. Kiedy tylko Siedem Chorągwi opuściło Khelgüi, na miasto spadła wola Wulkanicznego Przodka. Ogromna bryła bazaltu pogrzebała całe osiedle i wszystko w promieniu 10 kilometrów od niego, włącznie z ostatnimi z żołnierzy Siedmiu Chorągwi, którzy ociągali się podczas marszu na południe. Po tym wydarzeniu pozostały dwa kratery: jeden w miejscu miasta Khelgüi, drugi w miejscu Płomiennej Góry. Zwyciężyliśmy, ale wielkim kosztem. Zwyciężyliśmy, jednak nie mieliśmy okazji do świętowania. Zwyciężyliśmy, ale spotkała nas tragedia, której naprawa potrwała następne sześć lat.

Siedem Chorągwi zostało rozdysponowane do odkopywania i odbudowy stolicy. Wulkaniczny Przodek został przy Galt Uul i odbudował ją kamień po kamieniu. Arcykapłan Chinua, najważniejsi mnisi i urzędnicy państwowi, za swoją tymczasową siedzibę obrali Dalain Ergiin Tsamkhag. Tam planowali odbudowę naszego państwa i debatowali z następczynią Władczyni Keleckiego O. A., Csillag Keresztes nad zaproponowaniem pokoju najeźdźcom. Z uwagi na chorobę obecnej Władczyni KOA, Hajnali Keresztes, była ona wyłączona z obrad. Przygotowywano również dekrety ułatwiające przestrzeganie prawa w tych ciężkich czasach odbudowy powojennej. 86 Dnia Cienia 1154 roku Ery Ognistej z obserwatorium na szczycie złamanej Dalain Ergiin Tsamkhag jeden z keleckich strażników ujrzał statek na horyzoncie, statek nadpływający ze wschodu, a więc stamtąd, skąd osiem lat wcześniej nadpłynęli pierwsi z najeźdźców. Statek ewidentnie podobny był do tych, które przybiły do brzegów Półwyspu Ognistego tamtego sądnego dnia. W mieście podniesiono alarm. Wszyscy wojownicy byli w stanie gotowości, nawet zaczęto rozgrzewać wspaniałą broń, Wypalacza Słońc. Całe miasto zamarło, kobiety i dzieci schroniły się w podziemiach, wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni zostali wysłani na mury miasta, oraz na brzeg Morza Gniewnego, aby uniemożliwić Khelgüi desant. Oczekiwano na ruch przyjezdnych, Arcykapłan Chinua rozkazał powstrzymanie się od strzelania pod groźbą kary śmierci. Nie chciał rozpoczynać kolejnej bitwy, która mogłaby skończyć się marnie dla obu stron. W wypadku ataku ze strony przybyszów, był on gotowy jednak odpowiedzieć pięknym za nadobne. Statek w końcu przypłynął na tyle blisko, żeby dało się zobaczyć postacie podróżujące na pokładzie. Był to naprawdę okazały okręt wyposażony w co najmniej kilka pokładów, przepiękne żagle i naprawdę wykwitnie zdobione burty. Wyglądał na należący do kogoś ważnego. Z okrętu opuszczono szalupę, w której do brzegu podpłynęło kilkoro Khelgüi. Nie byli uzbrojeni, ale mogli ukrywać tajną broń na statku. Pozwolono im wysiąść. Na ich spotkanie wyszłedł Yul Mönkhbayar - Ezen Ziem Północnych, oraz Csillag Keresztes i Arslan "Lew" Arslanid, dwoje najbardziej zasłużonych wojowników Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wojny, która dzięki temu spotkaniu miała już niedługo zostać ostatecznie i oficjalnie zakończona.

Przybysze okazali się być równie wyczerpani trwającą już tyle czasu wojną co nasz lud. Ich najwyraźniej przywódca ozwał się łamaną świętą mową: "Ja nosić pokój". Nie wiadomo jak Khelgüi pojęli świętą mowę, jednak jest to ewidentnie wyraz ich uznania dla naszej cywilizacji, której chcieli zagrozić. Teraz najprawdopodobniej łapią ich wyrzuty sumienia. Ściągnięto zaraz z Wieży najtęższe głowy lingwistyczne z Zakonu Czerwonych Mnichów, aby pomogły w komunikacji delegacji dyplomatycznej z państwa Khelgüi zza wody. Niemal od razu rozpoczęły się pertraktacje pokojowe, które trwały prawie rok. W Dalain Ergiin Tsamkhag spotkała się w końcu cała elita polityczna Południa, przywódcy Świętego Państwa Ognistego Ludu i Królestwa Okretonu, jak nazywa się państwo Khelgüi. Debata była niekiedy niezwykle zaostrzona, raz prawie zerwano obrady. Udało się jednak uzyskać konsensus i zawrzeć traktat pokojowy tworzący Wolne Miasto Gnelf i kończący Wielką Wojnę Ojczyźnianą, oraz ustanawiający przyjazne stosunki między państwem naszym a Królestwem Okretonu, dawniej Khelgüi. Było to 81 Dnia Cienia 1155 roku Ery Ognistej. Statek zacumowany w Dalain Ergiin Tsamkhag odcumowano, a delegacja odpłynęła za wielką wodę. Lud Półwyspu Ognistego był wolny. Nastał czas pokoju i obfitości.













Poniżej stara wersja tekstu (frajerska)


Wtedy nasz Stwórca zstąpił do nas z Góry i obwieścił, że nasza kraina znalazła się w niebezpieczeństwie. Bliżej nieokreślony lud dziwnych istot począł osiedlać się na naszych rdzennych ziemiach, wykorzystując naszą słabość po tej katastrofie, jakiej całkiem niedawno doświadczyliśmy. Zabrał ze sobą Czerwonych Gigantów i wybrał się na rozmowy z najeźdźcami. Zanim dotarł na miejsce, Khelgüi zdążyli założyć tam zacne miasto. Khelgüi, czyli niemowy, którzy nie byli uczeni ani w świętej mowie ani w świętym piśmie, nie zechcieli opuścić naszych ziem po dobroci, więc Przodek i Giganci próbowali wygnać ich stamtąd siłą. Nie udało im się to, ponieważ nie wzięli swoich przeciwników na poważnie - płynie stąd nauka - każdy przeciwnik wymaga pełnego skupienia, ani grama bagatelizacji. Przodek użył tej bitwy aby nam to pokazać, gdyż wiedział, że następna będzie wygrana.

Podczas pierwszej bitwy część naszych odłączyła się od grupy ze Świątyni i wyruszyli do Dalain Ergiin Tsamkhag na poszukiwanie nowego miejsca dla nas. Niestety nigdy nie wrócili, a ich kultura zaczęła odbiegać trochę od naszej.

Po niepokojących wieściach z wojny Arcykapłan Chinua rozkazał mobilizację wielkiej elfiej armii, na czele której stanął. Na każdy oddział regularnej armii przypadało kilku Czerwonych Mnichów, co podnosiło morale armii i pozwalało dezorientować przeciwnika. Pod murami miasta Khelgüi dołączyła do nich armia elfów z Dalain Ergiin Tsamkhag. W tymże mieście rozegrała się wielka bitwa, jako że na miejscu czekała na nich armia dużo większa niż ostatnio. Podobno w walce brali udział też nieco inni Khelgüi, ale nie wiemy o tym za dużo, bo ich ciała zostały spalone. Z wielkimi stratami po obu stronach, nasza Ognista Armia wyszła z bitwy zwycięsko. Zdziesiątkowani Khelgüi musieli poddać się.

Wtedy jednak nastąpiło niefortunne trzęsienie ziemi, które pogrzebało pod ziemią Yesön Bambaryn Tsamkhag i rozniosło w pył Świętą Górę, która pod wpływem tego wstrząsu bardzo agresywnie wybuchła. Było to wydarzenie tragiczne w skutkach, Świątynia Wulkanicznego Przodka nie przetrwała tak wielkiego wstrząsu. Zresztą sama Święta Góra uległa zniszczeniu podczas tej erupcji. Został tylko krater.

Jest jednak pozytyw z tej całej sytuacji. Jeden z głazów wyrzuconych w gniewie przez Galt Uul cudownie przebył idealną drogę, aby położyć kres miastu i wszystkim Khelgüi się w nim znajdującym. Wielkim kosztem, ale przetrwaliśmy. Najeźdźcy zostali odepchnięci z naszej ziemi, jednak pozostała groźba, że kiedyś wrócą. Miejmy nadzieję, że tym razem okażą się bardziej wyrozumiali, albowiem Święte Państwo Ognistego Ludu potrafi się obronić.

Khelgüi walczyli z wielkim męstwem, ale w ostatecznym rozrachunku przegrali. Jesteśmy gotowi uhonorować ich postawę jakimś wdzięcznym traktatem pokojowym, jeśli wyrażą chęć cywilizowanej rozmowy.

Kanka is built by just the two of us. Support our quest and enjoy an ad-free experience for less than the cost of a fancy coffee. Become a member.

Era Ognista (GEÜ) > 0

Jest to Era panowania Ognistych Elfów na Ognistym Półwyspie