Gdy tylko sława pułkownik Volpi dotarła na dwór hrabiego Orsiniego, młody Angelo zapałał żądzą sprawdzenia na własnej skórze, czy to, co o niej opowiadają - że pokonuje wszystkich przeciwników w pojedynkach bez najmniejszego wysiłku - jest prawdą. Angelo nie miał dotąd okazji spotkać Livii del Volpi, gdyż sam nie był na wojnie z Valdorem, ale słyszał, że pani pułkownik powróciła do Księstwa, więc będzie czekał na sposobność, aby zaproponować jej pojedynek - oczywiście na tępą broń.
Najbardziej rozważnym spośród braci Veronich jest z pewnością najmłodszy z nich, Angelo. Nawet gdyby jego starsi bracia nie chronili go zawsze i nie dbali o to, aby trzymał się z tyłu, a nie w pierwszej linii, sam zapewne miałby tyle rozumu, aby nie pchać się wprost na piki wrogów.
Dlatego młody Angelo głównie się zmaganiom swych braci i hrabiego Orsiniego z Vermerczykami przyglądał, pozostając albo w obozie, ochraniając zapasy i tabory, albo dowodząc odwodami. Dzięki temu nie odniósł na vermerskiej wyprawie żadnych szkód na ciele, a i na duszy niewiele, bo nie musiał z bliska patrzeć na śmierć towarzyszy na polu walki. Od namiotów medyków trzymał się zaś z daleka. Angelo nie ufa bowiem "łapiduchom", jak pogardliwie nazywa wszelkiej maści felczerów i chirurgów i nad ich noże i szczypce przedkłada modlitwę, oraz napary ziołowe.
Nie oznacza to, że Angelo stroni od walki! Wręcz przeciwnie. Pojedynkuje się zapalczywie z każdym, kto mu się nawinie pod rapier, ale walczy wyłącznie przy użyciu stępionej broni treningowej. Angelo nie uważa za rozsądne przelewanie własnej, ani cudzej krwi tylko dla rozrywki, czy sportu. W tych "suchych" pojedynkach jest za to bardzo wprawiony i choć może nie jest mistrzem szermierki, to pokonał już większość szlachciców z dworu swego hrabiego, jak również regularnie wygrywa pojedynki z braćmi.