1. Notes

Karolina do Orlanda #1

Nieszczęsny Baronie Orlando!

Wpierw pragnę gorąco przeprosić Cię za formę, jaką przyjmuje to pożegnanie. Zapewne powiedziałbyś, że zasługujesz na pożegnanie twarzą w twarz i jest to prawdą. Musisz jednakże zrozumieć, że jestem tylko biedną, tylko odrobinę mniej nieszczęsną od Ciebie, bardzo samotną i bardzo zagubioną, doryjską sierotą po dawno zmarłym rycerzu. Gdybym musiała stanąć przed Tobą twarzą w twarz i powiedzieć Ci to wszystko, co tutaj napiszę prosto w oczy, prędzej bym zemdlała, aniżeli zdołała to uczynić. Mimo tego wszystkiego, co mi wyznałeś, mimo tego, że wiem, kim w istocie jesteś, wciąż nie umiałabym tak po prostu powiedzieć Ci w twarz, że odchodzę. Wiem, że nogi ugięłyby się pode mną, straciłabym głos i dech w piersiach, a serce kołatałoby się we mnie, jak szalone zwierzę. Znam odrobinę Ciebie, ale przede wszystkim znam siebie i wiem, że pożegnanie listowne było jedynym sposobem, abym zdołała wyrwać się spod twego, potężnego uroku, który spadł na mnie od pierwszej chwili, gdy Cię ujrzałam tamtego, pamiętnego wieczoru na owym balu przebierańców o temacie mieszczańskim.

Wierzę, że zaczarowałeś mnie, choć twierdzisz, że nie jesteś czarownikiem. Być może naprawdę nim nie jesteś, może nie istnieje inny sposób rzucania zaklęć, niż oddawanie cząstek nieśmiertelnej Duszy podłym demonom. Może jednak zaczarowałeś mnie malując w tajemnicy jeden z tych swoich, magicznych obrazów (czy przedstawia on mnie? Czy jestem na nim piękna, czy może przypominam jakieś senne widziadło-straszydło z głową w kształcie stożka, jak ten czarownik, którego mi pokazałeś?). Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że nie możesz użyć tego malowidła, aby z odległości sterować mymi krokami i zmusić mnie do powrotu. A jeśli możesz to uczynić, to błagam Cię, nie rób tego! Przysięgam Ci, że nie masz powodu niczego się z mojej strony obawiać. Nie chcę zdradzać nikomu twojej, straszliwej tajemnicy. Nie uważam Cię za wroga, ani nie nienawidzę Cię - nie potrafiłabym chyba Cię nienawidzić i pragnąć twej zguby. Był tylko jeden, bardzo krótki moment, w którym sądziłam, że mogę Cię znienawidzić. Było to na przyjęciu urodzinowym u hrabiego Firenze, gdy pokazałeś się niespodziewanie z tamtą przerażającą kobietą i oznajmiłeś, że pojąłeś ją za żonę. Znienawidziłam ją, a wkrótce potem ta kobieta zmarła. Jest mi z tego powodu wstyd. Oczywiście wiem, że nie umarłą dlatego, że ja jej nienawidziłam, ale i tak nie jestem dumna z tego egoistycznego uczucia zazdrości, a nawet zawiśći, jakie do niej wtedy poczułam. Jednak nie znienawidziłam nigdy Ciebie. Nawet wtedy! Zbytnio pokochałam pewną ułudę, którą mi się wydałeś i pewną bardzo szczególną część mnie, ta dziewczęca romantyczka, którą sama w sobie pielęgnuję i kocham w sobie najbardziej, a o której nie odważyłam Ci się powiedzieć, wciąż pragnie wierzyć, że ten wspaniały, szarmancki, przystojny, elegancki, dobry, uprzejmy, utalentowany i szlachetny baron Orlando, którego pokochałam na samym początku, naprawdę istnieje. Wiem oczywiście, że tak nie jest, ale mimo to nie umiem być na CIebie zła, ani winić Cię za nic, co zrobiłeś. Jest tak z wielu przyczyn i chyba sama nie do końca wszystkie rozumiem. Zresztą świat nie jest od tego, aby go w pełni rozumieć, lecz także, a może nawet bardziej od tego, aby go przeżyć. Ja... przeżyłam spotkanie z Tobą i pragnę, aby tak pozostało.

Boję się, że nigdy nie zrozumiesz tego, co teraz napiszę, ale mam nadzieję, że i Ty okażesz mi wyrozumiałość i nie będziesz miał mi za złe mego zniknięcia i ucieczki - choć ja wolę nazywać to odejściem, lub powrotem do domu. Mój dom jest bardzo daleko, w Dorii, której tak naprawdę prawie nie znam poza dziecięcymi wspomnieniami, zapachami i szeregiem obrazów - pięknych, swojskich, ale jednocześnie trochę strasznych, onirycznych i obcych. Obawiam się oczywiście tej obcości i tego, że moja daleka rodzina w Dorii nie zechce mieć ze mną nic do czynienia. Może to idiotyczny i irracjonalny lęk, gdyż ani ja, ani mój ojciec niczego złego im nie zrobił. Jednak nie znam moich krewniaków z Dorii ani oni nie znają mnie. Nie mam jednak nikogo innego, do kogo mogłabym się udać. Bardzo pragnęłam zaznać szczęścia i spokoju w Ragadzie. Wierzyłam, że mam tu przyjaciół, przyszywanego "ojca" w osobie hrabiego, a wreszcie, przez momentu uwierzyłam, że spotkałam też miłość, w dodatku okraszoną odrobiną ekscytującej tajemnicy, grozy i przygody. Czegóż więcej mogłaby chcieć młoda, samotna córka dorysjkiego rycerza, który poległ w trakcie pielgrzymki? Wszystko to jednak okazało się ułudą. Jeśli Cię to pocieszy, to wiedz przynajmniej, że nasza, niemożliwa miłość nie okazałą się jedynym rozczarowaniem, jakie wygania mnie z Ragady.

Być może głowisz się, dlaczego odeszłam? Po pierwsze, wiedz, że długo z sobą walczyłam. Wiedziałam, że jeśli odejdę, nie będę już dłużej mogła ani przez uderzenie serca podtrzymywać złudnej nadziei na miłość, której tak bardzo pragnęłam. Ale jestem Doryjką, a ród z którego pochodzę, ma we krwi odwagę i godność. Tak, jak moi przodkowie, nie potrafiłabym po prostu żyć kłamstwem i fałszywą nadzieją na coś, co jest niemożliwe. Nie odchodzę przez to, co mi wyjawiłeś o swej Duszy, a raczej jej braku. To oczywiście głęboko mną wstrząsnęło, ale miast przerazić, sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęłam Cię ocalić. Musisz wiedzieć, że już na tym mieszczańskim balu maskowym czułam, że otacza Cię jakieś straszne, niewypowiedziane zło, jakieś zagrożenie, które może Cię unicestwić, jeśli nikt niczego nie uczyni. Ja wierzyłam, że mogłabym uczynić coś. Mam pewne... talenty, które dziedziczą kobiety w mej rodzinie. WIdzę i czuję Moce, dostrzegam znaki i omeny, znam stare, doryjskie psalmy, które zadziwiły nawet twego kuzyna, Inkwizytora Flavia. Ala moją największą tarczą jest opieka mych czcigodnych przodków. Choć niestety nie ma jeszcze wśród nich mego, kochanego ojca, który jeszcze nie przebył całego Szlaku Umarłych, są inni przodkowie mego, dumnego rodu. Często widzę ich i słyszę tak samo, jak żywych ludzi. Wierzyłam więc, że te wszystkie zdolności i atuty pozwolą mi ochronić Ciebie - choć nie znałam natury zagrożenia, jakie Ci groziło. Jakieś zagrożenie wyczułam w tej kobiecie z Gór, którą poślubiłeś, a przed którą Cię ostrzegłam. Ale ona zmarła i nie okazała się ostatecznie tak niebezpieczna, jak podpowiadali mi przodkowie. Jest jeszcze jedno, straszne zagrożenie, ale nie miałam dotąd zwyczajnie serca, ani odwagi, aby Ci o nim powiedzieć. Wiem, że zaniechałbyś czytania reszty tego listu, gdybym je teraz opisała, więc zostawię to odkrycie na sam koniec.

Gdy uświadomiłeś mi, że nie masz Duszy, potrafiłam to znieść. Niewiele wiem o Duszach, ale natychmiast uwierzyłam, że dowiem się wszystkiego, co tylko jest możliwe do dowiedzenia się, a potem jakoś odnajdę sposób, aby wskrzesić w Tobie Duszę, albo odnaleźć ją w jakimś zakamarku twej... skorupy? Gdy pokazałeś mi swoje obrazy i wyjawiłeś prawdę o sposobie ich powstawania oraz zabójstwach... i z tym mogłam się pogodzić. Jeśli mnie oszukałeś, trudno. Nie chcę nawet tego wiedzieć. Wierzę jednak, że naprawdę zabijasz tylko jakichś podłych zbrodniarzy, nikczemne kreatury w ludzkich przebraniach, które nie zasługują na dar życia od Jedynego. Czasem po prostu rodzą się podlecy i odsiewanie ich od bogobojnych, szlachetnych i dobrych ludzi nie jest niczym kardygodnym. W pewnym sensie tym zajmują się rycerze, jak mój ojciec, a nawet całe narody tworząc zbiory praw i kar dla złoczyńców. Skoro nie ma nic złego w tym, aby pospolity, miejski kat zabił zbrodniarza na oczach gawiedzi na miejskim rynku, trudno krzywo patrzeć na Ciebie, gdy odbierasz mu życie. Ha! Ty nawet, mój baronie, czynisz to skrycie, a przez to oszczędzasz wielu niewinnym duszom okropieństw, jakie w ich sercach wyrządzać musi widok okrutnych egzekucji praktykowanych na rynkach miejskich. Gdy pomyśle o tych wszystkich dzieciach, które już za młodu gapią się na te poucinane głowy, łamane kołem kończyny i wdychają swąd przypalanych żywcem zbrodniarzy, robi mi się niedobrze. Czyż ludzie nie zostali stworzeni przez Jedynego, aby podziwiać piękno jego dzieła i cieszyć oczy obrazami natury, wschodami i zachodami słońca oraz urodą oblicz swych atrakcyjnych pobratymców? Ty zaś nie pozostawiasz za sobą wisielców obwieszonych po murach lub drzewach przed bramą miejską. Skrywasz gdzieś obrzydliwe zwłoki parszywców, przez co po prostu znikają oni bezboleśnie z życia prawych i bogobojnych ludzi! Sądzę więc nawet, że to, co robisz, może być lepsze, niż to, czym zajmuje się pospolity kat! Czynisz życie malucczkich nie tylko bezpieczniejszym, ale i odrobinę mniej szpetnym.

Niemniej jednak parasz się zadawaniem śmierci, a śmierć to straszliwa rzecz. Napawa mnie przerażeniem i współczuciem myśl, że wszyscy twoi bliscy żyją obok osoby, która własnymi rękoma morduje innych zupełnie sie tym nie przejmując i nie odczuwając z tego powodu dosłownie nic poza... satysfakcją. Niezależnie od tego, co napisałam powyżej, zabijanie pozostanie zabijaniem. Nie bez powodu kaci są wyklęci we wszystkich społeczeństw i prawi, szlachetni ludzie trzymają się od nich z daleka. Nikt nie chce zostać zarażony plagą mordu i jest to słuszna  intuicja. Kaci zabijający rutynowo, żołnierze wracający po okropnych wojnach, oraz maniakalni pojedynkowicze mordujący innych szlachciców dla zabawy - wszyscy oni budzą słusznie lęk i niechęć, gdyż są przyjaciółmi śmierci, a nie życia.

Nie przeważyło nawet to, że niemalże na moich oczach zbliżyłeś się cieleśnie do tej nieszczęśliwej kobiety, która szukała wytchnienia od męża pijaka ściganego przez klątwę, która zabiła jego żonę. W pierwszej chwili trochę mnie to zabolało, ale bardzo szybko uświadomiłam sobie, że zbliżenia cielesne nic szczególnego dla Ciebie nie znaczą. Że są dla Ciebie co najwyżej dziwnym sposobem zabijania nudy, a nie wyjątkowo intymnym aktem doświadczania szczególnej bliskości przez dwie osoby. Niczego przecież do tej biednej kobiety nie czułeś i zapewne zależało Ci tylko na uzyskaniu jej przychylności dla jakichś spraw politycznych, które sprawiły, że zaprosiłeś do De Carette jej męża, a tak się złożyło, że przyjechała ona. Można wręcz rzec, że wasze zbliżenie było przypadkiem wynikającym z degrengolady moralnej jej wiecznie nieobecnego męża. Nade wszystko zresztą nie miałam przecież prawa zabraniać ani oczekiwać od Ciebie odmawiania zbliżeń innym kobietom, skoro i między nami do niczego ostatecznie nie zdążyło dojść i nie związało nas żadne, formalne, usankcjonowane przez Kościół ani prawo przymierze małżeńskie.

Wszystko powyższe mogłabym znieść, ścierpieć i walczyć o Ciebie i twoje ocalenie. Jednakże po pewnym czasie dotarło do mnie to, co jeszcze mówiłeś i co to tak naprawdę oznacza, że nie masz Duszy. Zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będę mądrzejsza od cynazyjskich okultystów i czarowników, do których zaprowadził Cię twój ojciec, a którzy orzekli, że nie masz Duszy i mieć nie będziesz. Moje nadzieje, że jest inaczej to podszepty tej romantycznej dziewuszki, którą chowam głęboko w sercu, a nie myśli rozumne i mające kontakt z rzeczywistością. Gdyby dało się naprawiać Bezdusznych, to już dawno Nordyjczycy za Milczącymi Górami odkryliby na to sposób. Oni tymczasem jedynie zamykają tych nieszczęśników w jakichś samotniach i uczą ich symulowania życia, tak jak  i Ciebie wspaniale tego nauczono. Och! Iluzja jest tak doskonała, że można się w niej zakochać! Świadomość, że pokochałam kogoś, kto nie istnieje - maskę zakładaną na twarz, aby inni nie zorientowali się, że mają do czynienia z pustą skorupą, a nie człowiekiem, jest czymś strasznym! A skoro jesteś pustą skorupą, skoro człowiek, który urzekł mnie na balu maskowym i który onieśmielał mnie potem nie istniał, nie istnieje i nigdy nie zaistnieje - to znaczy też, że nigdy mnie nie pokochasz! Wiem, pewnie zdziwisz się teraz, uznasz, że piszę durnoty, bo dla Ciebie takie rzeczy, jak miłość nie mają znaczenia. Dla takich istot, jak ja, jest ona jednakże wszystkim, dla czego tak na prawdę warto żyć. Magia, teologia i filozofia, a także nauki przyrodnicze i polityczne - wszystkie one są ciekawe i fascynujące - ale bez miłości stają się tylko pustym gadaniem i stosami niepotrzebnych manuskryptów, inkunabułów i druków. I to wszystko! Tylko tyle i aż tyle - sam sobie ocenisz, mój nieszczęsny baronie.

Nim zakończę to pożegnanie, winnam Ci jeszcze zdradzenie tego, ostatniego sekretu, którego nie miałam odwagi wyjawić Ci w rozmowach. Jest jakieś niepojęte zagrożenie, coś nieskończenie niepokojącego, jakaś Moc i Ciemność czają się w... w twoim rodzonym bracie, panu Ansaldu. Odkryłam to już na samym początku, goszcząc w De Carette zaraz po balu mieszczańskim. To dlatego brat twój ganiał za mną korytarzem. Doszło tam między nami do pewnej... konfrontacji. Zdołałam uchronić się przed nim jedną z najsilniejszych modlitw, jakie znam, ale nie potrafiłam uwolnić twego brata od ciążącego na nim przekleństwa. Wstyd mi, że nie znalazłam w sobie odwagi, aby wyjawić Ci to odkrycie wcześniej, ale bałam się chyba, że Zło czające się w panu Anasaldo ma długie uszy i może słyszeć. A on zawsze był gdzieś w pobliżu. Bałam się, że Moc, która obezwładnia twego brata usłyszy, że próbuję Cię ostrzec i zgładzi mnie, lub Ciebie. Myślałam zbierać siły i szukać sposobu pokonania tej Mocy w przyszłości, ale nie będzie mi to dane. Mogę więc jedynie ostrzec Cię przed tym Złem i liczyć na to, że list ten nigdy nie wpadnie w jego ręce.

To już wszystko, mój nieszczęsny, bezduszny baronie! Żegnam Cię i życzę Ci - o ile to w ogóle dla Ciebie możliwe - szczęścia.

P.S. Rozważałam pozostawienie tez drugiego listu - skierowanego do małej Aurory, z którą przecież tak bardzo zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić. Prawdę mówiąc, był taki, krótki moment, gdy jeszcze zamieszkiwałam w zamku Arezzo, gdy brałam pod uwagę przyjęcie niezbyt zręcznych zalotów ze strony barona Dante po to tylko, aby móc stać się matką dla tej uroczej dziewczynki i wynagrodzić jej brak prawdziwej matki, na ile to oczywiście tylko możliwe. Może było to naiwne marzenie, nie dowiem się już tego nigdy. Teraz, gdy zmuszona jestem odejść, doszłam do wniosku, że lepiej dla małej Aurory będzie, jeśli pomyśli, że niewiele dla mnie znaczyła, bo wtedy szybko przestanie za mną tęsknić i prościej jej będzie żyć dalej. Niech Jedyny mi wybaczy, jeśli się w tej ocenie omyliłam!

Kanka is built by just the two of us. Support our quest and enjoy an ad-free experience for less than the cost of a fancy coffee. Become a member.