
Miguel de la Cruz wychował się w miejscu, którego większość mieszkańców Arki nigdy nie odwiedzała bez wyraźnej potrzeby. Daleko od habitatów, pośród starych sektorów mieszkalnych, magazynów, warsztatów i korytarzy znajdowała się niewielka katolicka kaplica. Nad wejściem wisiał prosty, metalowy krzyż, a znajdujący się pod nim napis był już tak wytarty, że Miguel nigdy nie dowiedział się, kto go tam umieścił. Dla innych była to kaplica. Dla niego — dom. Jego ojciec, Esteban de la Cruz, był jej opiekunem. Nie należał do ludzi szczególnie wykształconych ani wpływowych. Potrafił jednak naprawić generator, ugotować posiłek dla dwudziestu osób z zapasów przeznaczonych dla dziesięciu i znaleźć miejsce do spania dla każdego, kto zapukał do drzwi. Miguel od najmłodszych lat pomagał mu w kaplicy. Nosił wodę, sprzątał, naprawiał ławki i uczył się kolejnych modlitw. Przede wszystkim jednak pomagał przy dzieciach. Kaplica de la Cruzów z czasem stała się bowiem czymś więcej niż miejscem modlitwy. Stała się schronieniem dla dzieci pracowników, którzy zginęli w wypadkach przemysłowych, dzieci ludzi, którzy pewnego dnia wyszli do pracy i nigdy nie wrócili jednym słowem dla sierot. Dzieci porzucone przy śluzach albo znalezione przez patrole w najbiedniejszych sektorach. Esteban nigdy nie pytał, czy zasługują na pomoc. Jeżeli dziecko pojawiało się przed drzwiami kaplicy, dostawało miskę czegoś ciepłego, koc i miejsce do spania. Miguel dorastał więc nie tyle z rodzeństwem, ile z nieustannie zmieniającą się rodziną. Jedni zostawali na kilka tygodni. Inni na kilka lat. Niektórzy dorastali w kaplicy razem z nim. To właśnie tam Miguel nauczył się, że wiara nie zaczyna się od kazania - zaczyna się od otwarcia drzwi.
Esteban rzadko mówił synowi, kim powinien zostać, nigdy nie wymagał od niego kapłaństwa. Powtarzał natomiast jedną frazę: „Si Dios pone a alguien en tu puerta, primero dale de comer. Luego pregunta por su alma.” Miguel zapamiętał te słowa lepiej niż większość fragmentów pisma świętego. Ojciec nauczył go również, że człowieka nie poznaje się po mundurze, pochodzeniu ani ilości kredytów zapisanych na koncie. W kaplicy modlili się robotnicy, przemytnicy, żołnierze, prostytutki, urzędnicy i ludzie, których nazwisk lepiej było nie zapisywać w żadnym rejestrze. Każdy mógł wejść. Pod jednym warunkiem. Broń zostawała przy drzwiach. Esteban mówił, że przed Bogiem wszyscy powinni przez kilka minut być równie bezbronni. Miguel długo uważał tę zasadę za świętą. Dopiero wiele lat później przekonał się, że na arce nie zawsze da się zastosować tą zasadę.
Esteban starzał się szybciej, niż Miguel chciał to zauważyć. Najpierw coraz częściej prosił syna o prowadzenie modlitwy, potem pozwalał mu wygłaszać kazania aż w końcu Miguel przejął większość obowiązków związanych z kaplicą i sierocińcem. Pewnego wieczoru ojciec poprosił go, aby usiadł obok niego przed ołtarzem, gdy to zrobił to wręczył mu stary klucz do drzwi kaplicy, nie kartę dostępu tylko PRAWDZIWY, STARY metalowy klucz w kształcie krzyża, pamiętający czasy, gdy mechaniczne zamki nadal były czymś zwyczajnym. powiedział wtedy: „"Esta capilla no te pertenece. Como nunca me perteneció a mí. Pertenece a todos aquellos que no tienen adónde ir.” A potem przekazał mu obowiązek jej prowadzenia. Od tego dnia Miguel strzegł kaplicy, opiekował się dziećmi i karmił głodnych. A jeśli kiedyś uda się opuścić tą przeklętą Arkę — miał zabrać swoją wiarę ze sobą. „Miguel, los humanos han llegado a las estrellas. Por eso la Iglesia debe acompañarlos. No para conquistar mundos, sino para que un hombre que se encuentre a mil años luz de su hogar aún tenga un lugar al que llamar.”
Po śmierci ojca Miguel przejął kaplicę ale nie zmienił jej nazwy, nie wymienił starego żelaznego, wysłużonego krzyża, nie pozwolił też naprawić jednej z pękniętych ławek, ponieważ Esteban zawsze siadał właśnie na niej. Z biegiem czasu ludzie zaczęli nazywać go Padre Miguel. Podobnie jak ojciec przyjmował każdego. Chrzcił dzieci, odprawiał pogrzeby, błogosławił ludzi wyruszających do pracy i słuchał spowiedzi tych, którzy byli przekonani, że zrobili rzeczy niewybaczalne a każdego wieczoru sprawdzał, czy wszystkie dzieci znajdujące się pod jego opieką dostały coś do jedzenia, dopiero później mógł sobie pozwolić na jedzenie. Pech chciał, że Miguel nie odziedziczył łagodności po ojcu, miał fatalny zwyczaj wdawania się w konflikty z ludźmi posiadającymi znacznie więcej władzy niż on. I ponadto palił palił, palił niczym Wezuwiusz.
Pierwszego papierosa zapalił jako młody człowiek. Po latach nikotyna stała się jego najbardziej uporczywym nałogiem. Papieros pojawiał się podczas naprawiania generatora, po trudnej spowiedzi albo nawet podczas niej, podczas nocnego czuwania przy chorym dziecku i wtedy, gdy Miguel musiał podjąć decyzję, której żadna modlitwa nie potrafiła uczynić prostszą, wiedział, że powinien rzucić, dzieciaki przypominały mu o tym regularnie, wtedy im odpowiadał z uśmiechem, że "pracuje nad tym". Kłamał.
Miguel nigdy nie opuszczał swojej kaplicy na stałe. Kaplica pozostawała jego domem, a mieszkające w niej sieroty jego wciąż były pod jego opieką, nawet jak go nie było. Jednak wraz z upływem lat utrzymanie tego miejsca stawało się coraz trudniejsze, wszystko się psuło i drożało coraz bardziej. Wtedy Miguel zaczął interesować się ludźmi, których mieszkańcy bezpieczniejszych sektorów Arki nazywali odzyskiwaczami. Łatwy dostęp do kapitału rozwiązałby wszystkie problemy z którymi się boryka - taka wizja mu przyświecała. Wśród odzyskiwaczy byli technicy, najemnicy, badacze, szabrownicy i zwyczajni desperaci, którzy wyruszali przez dawno zamknięte grodzie do części Arki, które od dziesięcioleci, a czasami od stuleci pozostawały odcięte od zamieszkanych habitatów. To za tymi grodziami kryły się niewyobrażalne bogactwa, przede wszystkim technologia, której współcześni mieszkańcy arki nie potrafili już wytwarzać. Miguel w końcu dołączył do jednej z takich grup, ale nie jako najemnik czy bohater, lecz jako padre z karabinem maszynowym, krzewiąc wiarę tam gdzie jej nie ma.