Urodzony 02.07.2006 roku, w Polsce we Wrocławiu przez Zofię Brekker. Tuż po urodzeniu zdiagnozowano u niego cukrzycę typu pierwszego, a kilka lat później — ADHD. Zamieszkał z matką w mieszkaniu na strychu. Od urodzenia właściwie, miał styczność ze wspinaczką wszelakiego rodzaju — od sportowej, po alpinizm. Jego matka, jako instruktorka wspinaczkowa (z wykształcenia lekarka bez etatu) wielokrotnie w przypadku zainteresowania się przez niego jakimś sprzętem, którego w ich domu było pełno tłumaczyła jego zastosowanie, co Phoenix bardzo chętnie przyswajał. W ciągu okresu zamieszkania w Polsce nigdy nie odwiedził babci, która mieszkała w Ameryce Północnej w Wirginii — w Richmond. W przeciwieństwie do niego ta odwiedzała ich całkiem często. Phoenix nie zapamiętał tych wizyt jako przyjemnych — babcia za każdym razem znajdowała rzecz, która w ich codzienności jej przeszkadzała. Rosalie (Zofia nazywała ją po polsku, Rozalia) szczególną niechęcią darzyła Phoenix’a, czego ten, w tamtym momencie nie rozumiał, mimo iż podejrzewał, że jest to spowodowane jego chorobą.
Jego rodzicielka miała pełne ręce roboty. Gdzie tylko znikał, tam było już pewne, że coś się stanie — to stłuczony wazon, to chwyt niedokręcony do ściany odczepił się do bouldera (ścianka wspinaczkowa wynosząca maksymalnie 4 metry) wraz z Phoenixem, jeszcze innym okazało się, że w połowie wspinaczki na ściankę Phoenix nie został w ogóle podpięty pod linę, a na uprzęży przypięty pozostał jedynie karabińczyk.
Phoenix został dwukrotnie wyrzucony z placówek edukacyjnych. Raz z przedszkola i drugi ze szkoły podstawowej. Powodem obu tych decyzji, było podobno wymyślanie zbyt przerażających historii oraz brak posłuszeństwa, powodujący niebezpieczne sytuacje dla niego, jak i dla innych podopiecznych. Historie te opiewały się na różnego rodzaju rogatych (nie satyrach, już uprzedzam) mężczyznach, których Phoenix widział najczęściej na różnego rodzaju spacerach. Jego opisy bardzo często przypominały rodzime polskie diabły. Jedyną niepokojącą rzeczą, było to, że nikt mu ich nigdy nie opisywał. Dodatkowo dochodziły do tego różnego rodzaju potwory, które widział tylko on. Ostatecznie w obu przypadkach szalę przechyliły różnego rodzaju omdlenia jego, jak i innych dzieci dookoła niego, co w szpitalu diagnozowano (najczęściej) jako hipoglikemia [niedobór]. Trzeci tego rodzaju wypadek w szkole podstawowej był kolejnym powodem przeprowadzki do Ameryki Północnej — do Richmond.
Po przyjeździe do Richmond, zamieszkali na strychu w bloku, i jedyna zmiana, której Pho nie odczuł, była ilość sprzętu wspinaczkowego. W samolocie udało mu się nic nie zmalować, co zawdzięczał jedynie czujnemu oku matki. By nie rozpisywać się zbyt bardzo, ujmę to tak, że w ciągu trzyletniej edukacji w Ameryce, uczęszczał do dwóch szkół, i powodem wyrzucenia za każdym razem były powody wręcz identyczne z poprzednimi przypadkami.
W tym okresie w przeciwieństwie do poprzedniego odwiedzał już babcię — był to odruch odrzucanego dziecka. Pho szybko przekonał się, że to nie jest zwyczajna starcza gburowatość, lecz na rzeczy było coś więcej. Pierwsze dwie wizyty wynikały najczęściej z jego inicjatywy, jednak późniejsze były koniecznością ze względu na wyjazdy matki, którym Phoenix nie oponował — rozumiał że jego matka kocha wspinaczkę, i rozumiał dlaczego. W trakcie tych odwiedzin nabawił się podłoża pod lęk przed ciemnymi labiryntami. Za każdym razem, gdy odwiedzał babcię, udawało mu się zgubić w ciemnym domu, gdzie każdy pokój miał wejścia do dwóch lub trzech kolejnych. Za każdym razem oczywiście kochająca babcia “troszczyła” się o wnuka. Phoenix jednak nie informował o tym matki. Działo się tak za każdym razem, gdy jego matka wyruszała na wycieczki w góry.
Pierwszego dnia Rozalia, tym razem bezpardonowo wrzuciła go do jednego z pokojów, zostawiając go tam samego. Jednego z ciemnych pokojów. Włócząc się po całym domu, przez następne dwa dni (nie licząc przerw na sen, jedzenie oraz ataki paniki) starał się nie zwariować. Sądzę, że nie trzeba dodawać, że początkowo większa część pokoi, w których bywał Pho, zostawała zdemolowana. Czwartego dnia „niewoli”, udało mu się znaleźć babcię, która zarzuciła go oskarżeniami, wyzywając od bękartów boskich i sprawcę nieszczęścia jej rodziny, ujawniła swoje podejrzenia co do istnienia panteonu bogów Greckich. Oraz listu, w którym było napisane do Zofii, że nie wróci z tej wyprawy. Całość została zapisana na papierze, który przypominał Phoenix’owi letnie dni spędzane w górach wraz z Zofią. Styl pisma był pochyły, wręcz stylizowany na greckie litery, a adresat zostawił jako podpis jedynie literę A. Po tym wydarzeniu uciekł z domu. Tak między nami pisząc, zrobił to bez wahania.
Pho znajdując się na ulicy zimą łaził z miejsca na miejsce, nie bardzo zwracając na siebie uwagę zwykłych śmiertelników. Sytuacja byłaby wręcz idealna, gdyby nie fakt, że od momentu ucieczki zaczęły go nawiedzać okropne (by doprecyzować — wręcz potworne) sny oraz że z pozoru zwykli przechodnie, stawali się różnymi kreaturami. By nie głodować, podkradał jedzenie ze stolików w restauracjach lub ze sklepów. Sypiał pod mostami albo w kamienicach. I tak sytuacja miała się do 05.02.2016, gdyż wtedy znalazł go satyr. I tu zaczyna się historia. Bo tenże satyr gubi go następnego dnia, przez impulsywne działania młodego (jeszcze nieuświadomionego) herosa, jakimi są aktywności i miejsca w nowym otoczeniu intrygujące go. I nie uwierzycie, bo… sytuacja powtarza się… jeszcze cztery razy. Z tym że za czwartym razem (piątym satyrem, jakby ktoś się pogubił) znajduje się w końcu w Obozie Herosów. Tego samego dnia uzyskuje uznanie od swojego ojca, którym okazuje się Apollo. Zamieszkuje w domku siódmym. Pierwszej nocy po raz pierwszy nie śpnią mu się koszmary, tylko jego ojciec, z którym dość gwałtownie wyjaśnia sobie, co było do wyjaśnienia. Ostatecznie z Pho uchodzą emocje, a rano budzi się z pierścieniem na palcu, który po zdjęciu przemienia się w raczej mniejszy topór, a po włożeniu palca w otwór w toporze ten zmienia się z powrotem w pierścień, oraz kartkę, z tymi samymi literami, co list do jego matki: "Gdzieś jest jeszcze jeden ;-)".
Phoenix po takim czasie spędzonym w Obozie Herosów nie utracił na temperamencie. Podczas drugiego roku pobytu na Long Island, podczas gry o flagę z Łowczyniami skończył jako najbardziej rany obozowicz — mianowicie po schwytaniu go, w celu opanowania go (nie tylko jego odruchów i ataków, ale też rozmów, które u jednych budziły śmiech a u drugich oburzenie) łowczynie połamały mu obie nogi. Jedynym komentarzem z jego strony (już po wyleczeniu) było to, że nie dopuści następnym razem do tej sytuacji… bo nie da się złapać. W ciągu upływającego czasu staje się jedną z głównych osób, korzystających ze ścianki zarówno w celach rekreacyjnych, jaki i edukacyjnych. Jednocześnie w trakcie pierwszych latach ma na swoim koncie wszczętych kilka pojedynków z Jacksonem, co nie sprawiło, że ich stosunki uległo pogorszeniu. Niestety (dla niego) żaden z tych pojedynków nie został wygrany przez niego, jednak po kilku takich pojedynkach przestał już go zaczepiać (wcale nie dlatego, że nie chciał, tylko ze względu na konsekwencje [Pan D. potrafi być dość przekonujący.])