Mewy – Andrzej Korycki
Wszędzie dobrze, ale na morzu najlepiej
Historii Drake’a nie da się opowiedzieć nie wspominając o jego ojcu. Był nim biolog morski spędzający większość roku na morzu podczas misji badawczych, który nie chcąc rozstawać się z synem, zabierał go razem ze sobą. Drake był niczym mały ciekawski sztorm biegający po całym pokładzie, pytając się dosłownie o wszystko. Naukowcy traktowali go z życzliwością odpowiadając na jego dociekliwe pytania i pokazując mu czym się aktualnie zajmują. Załoga zaś traktowała go jako urozmaicenie rutyny, które powodowało uśmiech na ich twarzach. Stary kapitan pozwalał mu nawet przebywać na mostku. Marynarze mają to do siebie, że są bardzo przesądni, a Drake’a traktowali jako dobrą monetę. Jak się okazało kilka lat później, całkiem słusznie.
Między morzem a lądem
Z racji tego, że zamiast uczęszczać do zwykłej szkoły, podróżował, ojciec przyłożył się do tego, żeby dostał odpowiednią edukację. Żył wśród naukowców, dlatego udało mu się liznąć też trochę łaciny i greki, choć ta druga szła mu zdecydowanie lepiej. Jak wiadomo nie samą nauką człowiek żyje. Ojciec zaraził go też chęcią poznawania historii i mitów morskich, w tym tematu Atlantydy. Brak możliwości dłuższego opuszczenia statku sprawił, że z nudów Drake dość szybko nauczył się czytać. Wielce polubił książki o wielkich odkrywcach i podróżnikach, a jego ulubioną książką zostało “20 000 mil podmorskiej żeglugi”.
Życie na statku
Siłą rzeczy, gdy tak długo przebywa się w małej społeczności, powoli zaczyna się ją traktować trochę jak rodzinę. Statek, na którym pływali, zwał się “RV Atlantis”. Legenda pokładowa głosi, że tą nazwę wymyślił ojciec Drake’a. Atlantyda była nowoczesnym statkiem badawczym wyposażonym w zaawansowany sprzęt do analizy i badania dna morskiego. Dodatkowo posiadał na swoim pokładzie 2 drony do badań głębinowych oraz batyskaf. Francis bardzo lubił patrzeć jak naukowcy nurkują dronami i jego marzeniem było popłynąć kiedyś batyskafem, jednak z powodu młodego wieku ojciec kategorycznie nie chciał się na to zgodzić.
Kochał oglądać zachód słońca, a potem obserwować wschodzący księżyc i gwiazdy. Nocna obserwacja gwiazd pośrodku morza, gdzie skażenie światłem jest zerowe sprawia, że gołym okiem można zobaczyć drogę mleczną. Któregoś razu jeden z naukowców przywiózł na pokład teleskop z żyroskopem, dzięki czemu obserwacja nieboskłonu stała się jeszcze lepsza. W cieplejsze noce zdarzało się nawet, że zasypiał na dziobie statku będąc wpatrzonym w niebo.
Jedną z większych atrakcji, która przerywała morską rutynę, były dostawy zaopatrzenia. Te czasami przylatywały drogą lotniczą. Już z kilkunastu kilometrów słychać było roznoszący się po wodzie dźwięk dwóch silników niebieskiego wodnopłatu. Samolot przywoził zapasy i odbierał niektóre próbki badawcze. Drake podekscytowany patrzył na maszynę, wychylając się przez barierki. Obiecywał sobie, że kiedyś też poleci takim pojazdem. Ojciec również lubił ten widok, stawał przy relingu, kładł synowi rękę na ramieniu i wspominał o dziadku, który latał na takich podczas wojny. Zawsze dodawał, że jego znakiem wywoławczym była “Truskawka 3”. Być może dlatego Drake tak bardzo lubi te czerwone owoce.
Głębia strachu
Jedną z ulubionych kryjówek Drake’a był batyskaf, w którym lubił przesiadywać godzinami. Udawał wtedy kapitana Nemo przemierzającego nieznane ostępy mórz i oceanów, wraz ze swoją nieustraszoną załogą na pokładzie Nautilusa. Innym razem siedział i czytał książki opierając się o jeden ze zbiorników balastu.
W dniu swoich dziesiątych urodzin, tak samo jak poprzedniego dnia, spędzał czas w Nautilusie, po raz setny czytając Verne’a. Gdy usłyszał wołanie ojca, wstał żey wyjść na pokład. Miał jednak pecha, bo długotrwałe siedzenie w jednej pozycji, sprawiło, że zdrętwiałą nogą źle stanął i przewrócił się do tyłu, wpradając na konsolę sterowania. Jego pech nie skończył się na tym ponieważ w tym samym momencie, statek wpłynął na dużą falę. Mocno zabujało, zaciski trzymające batyskaf puściły, sprawiając, że metalowa konstrukcja osunęła się w czarną toń oceanu.
Kłopoty mają to do siebie, że lubią się piętrzyć. Obecna misja badawcza Atlantydy dotyczyła badania głębin Milwaukee, najgłębszego miejsca na oceanie Atlantyckim.
Nie pamiętał, jak długo opadał. Mogły to być tak samo minuty, jak i godziny. Gdy batyskaf osiadł na stoku, był około sześciu kilometrów pod powierzchnią. Siedział w stalowej puszce, której ściany wydawały przerażające dźwięki, ostatkami sił dzielnie opierając się milionom ton wody. Ku jemu zdziwieniu i przerażeniu, jego oczy bardzo szybko przyzwyczaiły do widzenia w czerni, do której nie docierało żadne światło. Widział o wiele więcej, niż oświetlały reflektory zamontowane na dziobie.
Z tego, co się stało dalej pamiętał tylko urywki… adrenalina… myśli… miliony myśli przelatujących przez głowę… Co by zrobił kapitan Nemo?… strach… przecież był tylko przestraszonym dziesięciolatkiem ściskającym w kącie swoją ulubioną książkę… płacz… ruch za oknem… trzaski.. pierwsza rysa na szkle obserwatorium… oko… przerażająco wielkie… zasłoniło całą okrągłą sferę okna… kolejno pęknięcie…przerażenie... zęby… wielkie… wbite w Nautilusa… tato już nie będę… woda… mnóstwo wody… szum… ostatnia desperacka myśl… najsilniejsza ze wszystkich… niczym ostatni rozbłysk sonaru… RATUNKU… nie mam siły… wybuch… zimno… przeraźliwie zimno… brak tlenu… świecące punkciki… oczy… kobieta… biała suknia… uśmiech… łagodny… przyjazny… ciemność.
Obudził się kilka dni później w szpitalu. Historia, którą potem usłyszał była przerażająca. Przez dwie godziny próbowano wyciągnąć batyskaf z wody, gdyż silnik od wyciągarki doznał awarii. To, co wyciągnęli, przypominało bardziej zgniecioną puszkę po Coca-Coli niż łódź podwodną za kilka milionów. Gdy go znaleźli był nieprzytomny i przemarznięty. W zaciśniętych rękach ściskał tylko książkę, przytulając się do niej, a miejsce w którym siedział nie doznało większych uszkodzeń. Dziwniejsze jednak było to, co odczytano z rejestratora czarnej skrzynki, który też przetrwała zniszczenie. Batyskaf przekroczył maksymalną dopuszczalną głębokość zanurzenia o dwa kilometry, gdy osiadł nastąpił radykalny skok ciśnienia. Prawdopodobnie wtedy poszła szyba… a po chwili włączyły się zapasowe pompy które wypompowały pompy z balastu. Problem był taki, że trzeba je włączyć ręcznie. To, co się stało, według ojca Drake’a i innych naukowców było fizycznie niemożliwe. Batyskaf już kilkadziesiąt metrów po przekroczeniu granicy wytrzymałości powinien implodować w skutek zbyt wysokiego ciśnienia. To był cud, bo inaczej nie da się tego nie da nazwać. Nawet najbardziej sceptyczni mieszkańcy Atlantydy uwierzyli w ingerencję siły wyższej.
Po tym wydarzeniu Drake długo dochodził do siebie. Koszmary… te cholerne koszmary powtarzały się każdej nocy. Gdy opowiedział o nich ojcu, a on wydawał się uwierzyć w opowieść i jej nie kwestionować. Postanowił też zrobić sobie przerwę od morza i wysłał Francisa do prywatnej szkoły na Florydzie. Szło mu całkiem dobrze, brakowało mu jednak czegoś. Czuł pustkę. Po kilku miesiącach zaczęły do nich docierać wieści z Atlantydy. Mówiły one o dziwnych awariach, błędach i pechu który spotyka ciąglę załogę. Z drugiej strony w szkole zaczęły mu się przytrafiać dziwne wypadki, najczęściej podczas zajęć na plaży, lub w szkolnej łazience.
Któregoś wieczoru Drake powiedział ojcu, że mimo wszystko chciałby z powrotem wrócić na statek. Ojciec dość mocno sceptyczny wziął go jednak do portu, gdy Atlantyda wracała z kolejnej misji. Załoga bardzo ucieszyła się na jego widok, a w szczególności kapitan. Został on też drugą osobą, która poznała całą historii.
Kapitan będący starym wilkiem morskim, jak na marynarza przystało, był też bardzo przesądny, który znał podania i legendy, ze wszystkich siedmiu mórz. Wyznawał też praktyczną zasadę “Bogu lampę, a diabłu kaganek.”. Gdy Drake skończył opowieść, on pogładził swoją siwą marynarską brodę i pokiwał głową ze zrozumieniem.
Jakiś czas później, gdy statek wciągnął kotwicę, jego dziób zdobiło nowe imię – “Amfitryta”. Podczas tej podróży osiągnięto znacznie najlepsze rezultaty od czasu jego wodowania. Na następną podróż Drake wraz z ojcem ponownie wprowadzili się na pokład. Choć od tego czasu chłopak nie mógł znieść tak uwielbianego wcześniej widoku z kamer dronów. Zaczął się bać, gdy nie widział dna, albo nie czuł pokładu pod stopami. Koszmary pozostały.
Jak olałem Percy'ego Jacksona
Minęło parę lat. Drake trochę podrósł, a stare rany z czasem się zabliźniły. Pływał z tatą głównie po zachodnim Atlantyku. Ojciec był coraz częściej zapraszany do prowadzenia różnych wykładów i seminariów, co idealnie złożyło się z tym, że postanowił żeby wspólnie z synem zachować balans między wyprawami badawczymi, a życiem na lądzie.
Na jeden z takich wyjazdów udali się do Nowego Jorku. Ojciec Francisa został poproszony o poprowadzenie wykładu podczas gali, której celem było zebranie funduszy na dalsze badania. Gala została połączona z finałem konkursu architektonicznego, w którym miał zostać wyłoniony projekt nowego budynku instytutu badań morskich.
Zanim zaczęło się całe wydarzenie, Drake zdążył kilkukrotnie obejść cały obszar. W momencie, gdy goście zaczęli wchodzić, ten był już nieco zmęczony. Jak zawsze, w takich momentach, postanowił usiąść i poczytać kolejną książkę. Po jakimś czasie do ławki na której siedział przysiadł się starszy chłopak. W przeciwieństwie do wszystkich wokół, nie wyglądał, ani na naukowca, ani na bogacza. Zagaił rozmowę. Po kilku zdaniach wynikło, że też bardzo lubi morze i, że jego dziewczyna dostała się do finału konkursu, w związku z czym, musiała załatwić pewne formalności. Dodał też, że nazywa się Percy.
Drake zaproponował nowemu znajomemu, że go oprowadzi i pokaże przygotowane atrakcje, a ten ochoczo przystał na propozycję.
Podczas wydarzenia przygotowano wiele interaktywnych atrakcji, mających na celu ściągnąć i zachęcić przyszłych darczyńców. Gdy udali się na przechadzkę, entuzjastycznie pokazywał Percemu coraz to kolejne ekrany, trójwymiarowe modele, zdjęcia i znaleziska, jednak w pewnym momencie zauważył, że coś jest nie tak. Stanął przed ekranem, którego tu wcześniej nie było, byłby w stanie przysiąc.
W międzyczasie dołączyła do nich niebieskooka blondynka będąca dziewczyną Percego, którą ten przedstawił jako Annabeth. Na monitorze pojawiały się zdjęcia i obrazy odkryć z dna oceanu, jednak z każdym kolejnym zdjęciem obrazy stawały się coraz bardziej niepokojące, pokazując zniszczony batyskaf, kończąc na niemym filmie. Kamera była zamontowana na dziobie, a obraz, który pokazywała pochodził z feralnego dnia wypadku. Francis ze strachu nie mógł się ruszyć. Sceny z jego przeszłości zaczęły o sobie przypominać, zabliźnione rany zostały otwarte. Doprowadziło to do momentu, że przeżywał ponownie najgorszy dzień swojego życia. Przez panikę jaka go opanowała mógł spowodować nagłe włączenie się systemu przeciwpożarowego, a woda która z niego poleciała otoczyła go w ochronnej bańce, którą nieświadomie stworzył.
Jego nowi towarzysze mieli w tym momencie dość szybką i intensywną wymianę słów, którą można sprowadzić do “To nie ja… to ten dzieciak”. Percy powstrzymał i uspokoił go Drake’a. Po wszystkich przeprowadzili z Francisem i jego ojcem rozmowę. Byli zdziwieni, ale na pewno nie zaskoczeni. Annabeth wytłumaczyła to jak najnormalniejszą rzecz na świecie, a Percy wspomniał o obozie dla dzieci z podobnymi… przypadłościami.
Drake początkowo nie chciał rozstawać się z ojcem, szczególnie po właśnie przeżytej traumie. Jednak po namowach, zgodził się na próbę udać do tego letniego obozu.
Odmienność wśród inności
Pierwsze dni w obozie herosów nie należały do najłatwiejszych. Wszystko to, było dla niego nowe, a w szczególności to, że jest synem jakiejś bogini. Miał też trudności ze znalezieniem i nawiązywaniem znajomości. Tak naprawdę wcześniej miał żadnego znajomego, który byłby jego rówieśnikiem.
Nie przeszkodziło mu to jednak, żeby się zaaklimatyzować. Zajęcia w obozie herosów były dla niego całkowitą nowością. Zajęły jego umysł, co po ostatnich wydarzeniach było istotne. Był jednak typem samotnika. Dalej miał problem z nawiązaniem dłuższych znajomości. W momencie, gdy cała reszta obozu dobrze bawiła się przy wieczornym ognisku, lubił usiąść nad brzegiem jeziorka i czytać książkę w świetle księżyca. Miał wtedy niczym nieprzerywaną chwilę spokoju.
Pierwszym obozowiczem, z którym się tak naprawdę zaprzyjaźnił była Kasjopeja. Drake jak prawie każdego wieczoru siedział czytając książkę, gdy w pewnym momencie odpędzając muchę, która usiadła mu na stronie zauważył dziewczynę o srebrno białych włosach, tańczącą w wodzie. W odbijającym się od powierzchni wody świetle księżyca, była bajecznie piękna. Gdy skończyła zobaczyła, że się jej przygląda. Podeszła do niego z zaciekawieniem. Drake spanikował. Nie potrafił rozmawiać z ludźmi, a co dopiero pięknymi dziewczętami tańczącymi w świetle księżyca. Właśnie… księżyca. jego wzrok skierował się szybko ku srebrnemu globowi. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć Drake wypalił z pytaniem które morze jest jej ulubionym, bo jego Lacus Gaudiia. Zaskoczona Kasjopeja dopiero po chwili zrozumiała, że Drake nie pytał się o ziemskie morze, po czym szczerze się roześmiała.
Tak rozpoczęła się ich znajomość. Od księżycowego morza zachwytu. Zaprzyjaźnili się, a Kasja nauczyła go, jak rozmawiać z ludźmi i pokazała mu wszystkie fajne atrakcje, jakie obóz ma do zaoferowania.
Ciąg dalszy... nastąpił
Od tego momentu minęły trzy lata. Drake bardzo polubił obóz herosów, z czasem nawiązując nawet znajomości i przyjaźnie. Co prawda nie wszystkim przypadła do gustu jego szczerość, ale znalazły się osoby które nawet to lubią. Mógł w końcu powiedzieć, że znalazł swój drugi dom.
Wakacje zawsze spędza w obozie, a w czasie roku szkolnego pływa z ojcem na różne wyprawy badawczej.
Udało mu się wziąć udział w dwóch misjach poza obozem… aczkolwiek to historia na zupełnie inną opowieść.