Kariera inkwizytora Gottarda to dowód na to, że w Kartinie ład społeczny został przewrócony do góry nogami i pozwala ludziom nisko urodzonym - Jules nie był nawet synem bogatego kupca, a jedynie zwyczajnego iglarza z Sarantu - osiągnąć sam szczyt. To właśnie od Julesa wzięło się nowe, kartińskie powiedzenie: "od iglarza do inkwizytora" określające zawrotną karierę człowieka nisko urodzonego.
Jules powtarza, że zawdzięcza swój sukces tylko i wyłącznie woli Jedynego, ale wszyscy w jego otoczeniu wiedzą, że tak naprawdę, zapracował sobie na swoje stanowisko tytaniczną i niezmordowaną pracowitością. Przez wiele lat przełożeni Julesa posyłali go wszędzie tam, gdzie czekała ich mozolna, niewdzięczna, nudna i ogromna praca, sądząc, że w ten prosty mieszczanin odwali ją za nich, a oni spiją cały sukces.
Początkowo tak właśnie to wyglądało - on przesłuchiwał, zbierał zeznania, szukał świadków, śledził podejrzanych typów w ciemnych zaułkach, brodził po kolana w śmierdzących kanałach pod Sarantem podążając za kultystami mrocznych demonów, oraz wypełniał niezliczone tomy akt, podczas gdy jego zwierzchnicy dokonywali spektakularnych aresztowań, mów procesowych i podkładali pochodnie pod przygotowywane przez niego stosy. Gottard zaś pozostawał w cieniu pysznych, dumnych i podziwianych inkwizytorów, których kochały ulice, pałace i decydenci papieskiej biurokracji decydującej o awansach, nagrodach i tytułach. Tak się przynajmniej wszystkim zdawało. DO czasu.
Przyszedł bowiem rok 1570, gdy zmarł Wielki Inkwizytor Papieski Marius de Lores i w ruch poszły ociężałe tryby saranckiej biurokracji. Gdy przełożeni Julesa przepychali się łokciami w oczekiwaniu na wezwanie do gabinetów papieskich i odebranie upragnionej - i ich zdaniem należnej im - nominacji, 55-letni Gottard szykował się do złożenia rezygnacji i zamierzał wsiąść wraz z rekrutami na jeden z papieskich okrętów, aby popłynąć do odległej Agarii, aby przed śmiercią mieć jeszcze swój wkład w wysiłek wojenny Dominium przeciwko złowrogiemu Sojuszowi Valdorczyków. Jakież było zatem zdziwienie wszystkich, gdy przed oblicze Papieża nie zaproszono żadnego z odnoszących niezwykłe sukcesy inkwizytorów, tylko nikomu nie znanego, niepozornego, a w dodatku nisko urodzonego śledczego. Co prawda Jules służył wówczas najbardziej utytułowanemu, spośród pretendentów do wakatu Wielkiego Inkwizytora, ale nie zmieniało to faktu, że był tylko "człowiekiem od mokrej roboty"
Podobno audiencja u Papieża miała trwać regulaminowo godzinę, a trwała
trzy. Zawistni mówią, że to dlatego, iż Papież nie był przekonany do
mieszczanina i tak długo upewniał się, czy nie popełni błędu,
powierzając mu tak ważne stanowisko. Pochlebcy zaś powiadają, że Papież był tak zachwycony osobą Gottarda, że przedłużył swoje spotkanie z nim odkładając na później wizyty ambasadorów, kardynałów i generałów kartińskiej armii...
Tak, czy inaczej, z audiencji u Papieża wyszedł już Jules nie jako śledczy, lecz jako nowy Wielki Inkwizytor Papieski. Z osoby anonimowej i niemalże popychadła, stał się najpotężniejszym, po samym Papieżu, człowiekiem Kartiny i jednym z najpotężniejszych ludzi w całym Dominium. Podobno zdecydował jego brak koneksji politycznych i rodowych, które mogłyby czynić go niebezpiecznym narzędziem w rękach mających go w garści "nieoficjalnych" mocodawców, zaś Papież potrzebuje w tych czasach kogoś, kto będzie lojalny wyłącznie Kościołowi, a nie możnym, bankierom, kupcom czy oficerom wojskowym.
Bardzo szybko przekonano się, że nominacja ta nie była wcale błędem biurokratycznym, ani skutkiem zaćmienia umysłu u Papieża, bowiem w krótkim czasie Gottard dokonał serii dość spektakularnych aresztowań i procesów, w których skazano wielu bardzo potężnych i ustosunkowanych ludzi. Okazało się, że niektórzy z nich byli nie tylko zaprzyjaźnieni z inkwizytorami, którzy już raz prowadzili śledztwa w ich otoczeniu i po prostu ich uchronili, ale też silnie powiązani z najwyższymi szczeblami papieskiej biurokracji i najbliższym otoczeniem samego Papieża. Skandale wybuchały jeden za drugim, a Jules parł naprzód, niemal co tydzień wkraczając do kolejnej rezydencji, bądź pałacu. Głowy toczyły się u jego stóp, a on sam był coraz bardziej znienawidzony. Zaczęto obawiać się, że zamieni Kartinę w drugą Karę, spekulowano o zamachach na niego planowanych i o niezadowoleniu najwyższych rodów Kartiny, największych urzędników papieskich, niektórych kardynałów, a nawet o obawach samego Papieża...
Nagle, po sześciu latach tych szalonych porządków, wielka seria aresztowań dobiegła końca, stosy zgasły, a sam Jules - na osobiste polecenie Papieża - wyruszył do Ragady, aby tam wspomóc legata John Wright w jego misji nawrócenia zbuntowanego kościoła narodowego rebeliantów walczących z Królem Hermanem i wytrzebienia licznych herezji i sekt, które rozprzestrzeniły się w toczonym wojną domową i pogrążonym w chaosie kraju. Strach padł na mieszkańców Ragady...