Postacie główne
Statyści
Atarae Khan
Chejron
Meredith Thomson
Podsumowanie wątku
Atarae Khan
Chejron
Meredith Thomson
Pan Narrator:
Dionizje w Obozie Herosów na Long Island, to zawsze czas pełen magii, śmiechu i radości. Nie inaczej było i tym razem. Zaledwie wczoraj obozowicze podziwiać mogli wspaniały występ grupy Rozbłysk w składzie Francis "Drake" Nelson, Kasjopeja "Kasja" Fountaine i Kaliope "Kali" Mulciber. Jednak, jak to na Obozie Herosów, wszystko może się BARDZO ŁATWO skomplikować.
Podczas, gdy zwycięzcy festiwalu muzycznego odbierali złote laury i gratulacje, jedna z ich współzawodniczek – Trudy Allan z domku Afrodyty – pobiegła z płaczem do lasu, gdzie jak wiadomo, stado potworów tylko czeka na przekąskę z heroska. Okazało się, że dziewczyna jest gnębiona przez starszą siostrę Meredith Thomson. W wyniku tego, Kaliope przetopiła swój pozłacany laur na naszyjnik dla Trudy i figurkę-pułapkę z tęczową farbą, która wybuchła w domku dzieci Afrodyty. Zemsta była słodka, ale teraz Kali ma za wrogów dzieci Afrodyty i Atarae jako potencjalnego sojusznika.
W tym samym czasie, gdy córka Hefajstosa wywinęła numer w domku nr 10, Kasja i Drake spędzali czas razem, tańcząc na środku jeziora kajakowego, skąpani w srebrzystym świetle księżyca. Czyżby to miał być początek czegoś więcej?
Kasja:
Księżyc górował nad obozem, odbijając swój blask od jeziora. Noc była ciepła i spokojna, kiedy skończyły się koncerty. Zamknął się pierwszy dzień Dionizji i chociaż Księżyc już dawno widniał na niebie, nie zasnęłabym, gdybym nie zatańczyła nad brzegiem jeziora. Robiłam to od nocy, w której zostałam uznana i nie zamierzałam przestać. Miałam wrażenie, w tym rytuale łączyłam się trochę z mamą i czułam jej wsparcie.
Stanęłam na plaży, zdjęłam buty i splotłam palce obu rąk ze sobą przy klatce piersiowej. Zamykając oczy już brałam głęboki oddech i pozwoliłam, żeby moje włosy zaczęły wchłaniać promienie księżyca tak, aby lśniły jeszcze bardziej. Od czubka głowy srebrzysty blask powoli sunął po lokach w stronę końcówek. Dookoła mnie zaczęły pojawiać się migoczące punkty jak świetliki, które chciały zatańczyć razem ze mną. Byłam gotowa rozpocząć swój taniec, który wykonywałam tak samo już od pięciu lat. Tylko tym razem nastąpiła zmiana…
Tej nocy tańca nie wykonywałam sama. Dołączył do mnie Drake, a w zasadzie to ukradkiem pociągnął mnie na sam środek jeziora. Wmanewrował mnie i przyznaję, na początku się zestresowałam. Pływać umiałam, ale kto by się nie zestresował stojąc na środku jeziora…
A WODZIE? Potem, jednak, coś się zmieniło. Puściliśmy się oboje w wir tańca do muzyki, której żadne z nas nie słyszało, ale zsynchronizowaliśmy się tak, jakby było zupełnie inaczej. Błądząc w choreografii, której nie ustaliliśmy, pokonywaliśmy kolejne metry jeziora. Z gracją sunęliśmy po tafli, dając sobie nawzajem potrzebne oparcie. Splecione dłonie, ujednolicone oddechy i blask księżyca…
Budząc się rano byłam pewna, że to był tylko sen. Jakoś dziwnie mi byłoby zaakceptować inną wersję. No bo… kurczę. Jak na to zareagować?
Drake:
To była intensywna noc. Na szczęście wszystko szczęśliwie się skończyło. Odprowadziłem resztę wzrokiem gdzie ci zmierzali by się zabawić, cieszyłem się ich szczęściem. Ja jednak tam nie pasowałem. Postanowiłem że przejdę się nad jezioro. Książki nie miałem, ale to nie szkodzi. Najważniejsze to że odwlekę sen jak najdłużej. Wszystko tylko nie łóżko.
Gdy dotarłem nad jeziorko ona już tak była. Miała zacząć swój conocny rytułał. Robiła go zawsze, tak się w końcu poznaliśmy. Czuję się jak by to było wieki temu. W tej białej sukience i srebrnych włosach wyglądała nieziemsko. Jeszcze kilkadziesiąt minut temu tańczyliśmy wspólnie, bez żadnego planu... spontanicznie. Widząc ją teraz znów przyszła mi myśl... ta sama która dręczyla mnie codziennie od bardzo długiego czasu. Ta jedna myśl która w najgorszych chwilach pozwalała mi przetrwać... Nie... to się nie uda... może kiedy indziej.. za rok.. Drake nigdy nie będzie dobrego momentu.. Nie.. tym razem spróbuję... inaczej... nie...nie myśl o tym…
Nieznana siła pchnęła mnie do przodu. Towarzyszyły mi strach, ekscytacja i drżące ręce. Podszedłem. Nie wiedziałem co robić, zdałem się więc na pierwszą myśl z miliona które właśnie układały wszelkie prawdopodobne następstwa. Poprosiłem ją by zamknęła oczy i mi zaufała... zrobiłem coś bardzo głupiego. Zamknąłem oczy i zrobiłem kilka kroków... potem następnych... i następnych. Gdy je otworzyłem byłem na środku jeziora... dosłownie. Ona też po chwili je otworzyła. Tańczyliśmy właśnie na wielkiej tafli wody oświetlani tylko przez srebrny glob. Myśli... miliony myśli.. a potem uśmiech który sprawił że wszystkie myśli odeszły. Złączeni dłońmi sunęliśmy po nieprzeniknionej tafli, kręcąc i wirując. Bez muzyki, za to z synchronizacją jaką nigdy wcześniej nie znałem... Chciałem by ta chwila trwała wiecznie.
Gdy rano się obudziłem nikt nic nie mówił. Nie miałem koszmarów, nie miałem snów.. a może to wszystko było snem... Jak ona na to zareaguje? Czy właśnie nie straciłem przyjaciółki?
Pan Narrator:
<< Następnego poranka >>
Kasja:
W domku Selene nie było nas wielu. Większość przekręcała się teraz na drugi bok, zapadając w głębszy sen niż w nocy. Ja natomiast wstałam i zajęłam łazienkę, żeby się na spokojnie ogarnąć. W trakcie prysznica zdecydowałam, że uznam, że ten taniec był jednym z etapów występu i ni będę za bardzo się nad nim pochylać. Rozczesując mokre włosy już w ubraniu odetchnęłam z ulgą i opuściłam domek, zostawiając szczotkę w kosmetyczce. Od razu pomaszerowałam na śniadanie, ziewając przy tym ospale. No tak… Zaczyna się codzienne zmęczenie.
– Dzień dobry – skinęłam głową w stronę Pana Chejrona, który już zajmował miejsce przy stole dla nauczycieli oraz opiekunów. Zaraz, co ja mam dzisiaj pierwsze? Jakie zajęcia?
Chejron:
– Oh, witaj Kasjopejo. Jak zwykle promienna, chyba nawet nieco bardziej. – Centaur zamyślił się na chwilę, po czym z radosnym uśmiechem poklepał Kasję po ramieniu. – No racja, festiwal. Gotowa na drugi dzień naszych Dionizji? Jeśli się nie mylę, zaczynamy od tańców.
Kasja:
– Na tańce, Panie Profesorze, jestem zawsze gotowa – uśmiechnęła się. – Czy z Trudi wszystko w porządku?
Chejron:
– Hmmm myślę, że tak, jeszcze jej nie widziałem dzisiaj, ale słyszałem, że Edward wziął ją pod skrzydła... że tak powiem.
Kasja:
– A Meredith została odpowiednio ukarana?
Chejron:
Stary centaur spojrzał na domen numer 10, ten, w którym mieszkają dzieci Afrodyty, po czym rzekł.
– No, zdaje się, że kara została już wymierzona i to z nawiązką. A zasady zasadami, za najniższy wynik sprzątania domku, czeka ich karny dyżur kuchenny. Jeśli się uwiną... może trzy dni dyżuru. Nie mniej, muszę porozmawiać z Meredith i ich grupowym.
Kaliope:
Kolejny dzień, Słońce wstawało nad obozem, ale przecież dopiero co skończył się poprzedni dzień. Warto wspomnieć, że najciekawszy i najfajniejszy dzień. Obłożony największym zaangażowania ze strony przemiłej córy Hefajstosa. Ale było warto. Występ wyszedł tak, dobrze! Tak cudownie! Kali z ekscytacji nie mogła spać, przez większą część nocy turlając się z miejsca na miejsce.
Widok obozu rankiem, przed śniadaniem był cudowny. Drugi dzień, święto tańca, poezji i dramatu. Zaczynamy od widoku na domek Afrodyt, który po wczorajszym dniu został pokryty różnymi kolorami farby i brokatu - można więc stwierdzić, że to była swoista poezja dla oczu. A dramatem chociaż trochę przedwczesnym były te wszystkie krzyki, tupnięcia nogą i cały ten chaos, który został wywołany wybuchem posążka, podgrzanego posążka z farbą, który Kali wręczyła niejakiej Meredith Thomson, która była dosyć niemiła względem drugiej ze swoich towarzyszek. Ehhh... może trochę za mocno postąpiła w tej kwestii. Nic nikomu się nie stało, a w jej mniemaniu kara za to, co zrobiła, musiała jakaś być.
Tak czy siak, dziewczyna dalej nie zaprzątała sobie tym głowy, a siadając przy stoliku swojego domku, po uprzednim przywitaniu ze swoim braćmi oraz siostrami, zaczęła smacznie pałaszować śniadanie, od czasu do czasu ziewając jeszcze nieco zaspana.
Kasja:
Kiwnęła tylko głową i podążyła w stronę stolika dzieci Selene, który nie był duży. Po drodze jednak zauważyła Kali i od razu z uśmiechem do niej podeszła.
– Piękne rozegranie – pochwaliła ją, zerkając sugestywnie w stronę domku Afrodyty.
Kaliope:
Kasjo, widzisz nieco zaspaną dziewczynę, z przeczesanymi włosami, które lekko założonymi za ucho. Ubranej w zwykłą koszulkę na krótki rękawek, przetarte i podziurawione jeansowe spodenki oraz sportowe buty. Szaro-stalowe oczy spojrzały na Kasję widząc ją tego ranka.
– Witaj. – Uśmiechnęła się i skinęła głową. – Dzięki. – Powiedziała i wystawiła piąteczkę do przybicia. – A żebyś widziała jej minę. Chyba z tydzień będą wyciągać brokat spod łóżek i wszystkich kątów.
Nieco się roześmiała.
– Drugi dzień Dionizji w obozie herosów i dramat w domku Afrodyty. – Powiedziała z udawanym dramatyzmem. – A gdzie nasz ostatnia część trio? Drake jeszcze śpi?
Kasja:
– Jak tak mogłaś? – Teatralnie złapałam się za serce, niby przejęta tym, jak zraniła domek Afrodyty. – A skąd ja to mam wiedzieć? Może zaczytał się w jakiejś książce... Czasami bardziej mi pasuje na dziecko Ateny.
Kaliope:
– Ohhh, co za dramat...pasuje idealnie – położyła na swoje czoło dłoń, niczym diwy, które odgrywały członkinie domu Afrodyty podczas odgrywania sztuk teatralnych.
– Ciekawe czy dzisiaj przybędzie z nowym kolorem włosów? – Przełknęła ślinę.
Bernie:
Cicho i ukradkowo niczym cień, przeszedłem za plecami Kasji otoczony kobiercem mroku. Moje jasne i przenikliwe oczy nie pierwszy raz sprawiały dla was wrażenie, jakby dopiero skończyły ronić łzy, ale to... pewnie tylko poranne znużenie, w końcu dzieci Selene tak mają. Fakt faktem kolejny raz miałem sen... TEN sen, w którym raz po raz widzę, że dzikie psy kilka tysięcy kilometrów stąd rozszarpują moją małą siostrę i jej piękną klacz kremowej maści. To nie była prawda, nie mogła nią być, przecież znałem... nie, nic nie znałem. Ciała ani krwi nie znaleźliśmy, ale to wcale mnie nie uspokoiło. Przeklęte poczucie winy.
– Cześć – Mój głos zabrzmiał znacznie bardziej pusto, niż bym tego chciał, trochę, jak szelest wiatru. Nie czekałem jednak na odpowiedź, po prostu poszedłem do naszego stolika.
Kasja:
Wzdrygnęłam się, słysząc głos Berniego. Nie mogłam się przyzwyczaić do jego ciemniejszej osobowości. Koszmarnie się różniliśmy i w takich sytuacjach dostawałam zawału.
– Hej! - pomachałam mu, bo już się oddalił. – Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie. Koszmarnie wyglądał w tych czerownych. Lecę jeść, widzimy się później.
Pobiegła do stolika Selene i zajęła miejsce obok Berniego.
Bernie:
Z kapturem nałożonym na głowę w ciszy i mroku dłubałem swoje pancakes z syropem klonowym, obserwując z oddali całą resztę sali, trochę, jak pies stróżujący. "Jak to dobrze, że nie siedzę przy jednym z tych zatłoczonych stołów. Musiałbym udawać rozmowę, słuchać i w ogóle" pomyślałem. Tak na prawdę dobrze czułem się tylko przy mojej sio... przy Kasjopei, tym jej chłopaku (mówią, że jest inaczej, ale to widać) i ognistej dziewczynie, choć ona jest... nieco zbyt ekspresyjna dla mnie. Kasja... bardzo przypominała mi Melody, radosna, promienna i taka pozytywna, moje całkowite przeciwieństwo, ale przy niej czułem się... hmmm... b e z p i e c z n i e.
– Ładnie... – mój głos zabrzmiał bardzo chrapliwie, za bardzo. Może jednak powinienem więcej mówić? Odchrząknąłem. – Ładnie wam wczoraj ten występ wyszedł, sios... ekhm, Kasjo.
Kasja:
– A dziękuję. Sama byłam pod wrażeniem jak świetnie się zgraliśmy. A dzisiaj tańce, w czym czuję się jeszcze lepiej! Jakimi zajęciami dzisiaj zaczynasz?
Bernie:
– Starogreka, jak zwykle. Zdaje się, że z Chejronem.
Kasja:
– A to jak ja – sięgnęłam po swoje śniadanie i powędrowałam, żeby połowę wsypać do ogniska. Po powrocie do stolika ze smakiem zajęłam się jedzeniem. – Będę jury na konkursie tańca, ale myślę o takim tańcu pokazowym, który otwiera kolejny dzień. Zwyczajnie aby urozmaicić świętowanie.
Bernie:
– Jestem przekonany, że znów wszystkich zachwycisz.
Bardzo rzadko na moich ustach pojawia się uśmiech, jeden z tych naprawdę szczerych, radosnych uśmiechów, a taki właśnie pojawił się.
Kasja:
– Ty mi lepiej powiedz, czemu Ty nie bierzesz udziału.
Bernie:
– A czy widziałaś kiedyś tańczącego bawoła? Ja... nie nadaję się tak, żeby występować publicznie. A na pewno nie w tańcu.
Kasja:
– Ale przecież nie chodzi tutaj tylko o taniec. Jest jeszcze śpiew, albo granie na instrumencie.
Bernie:
Potarłem nerwowo wierzch dłoni. Uśmiech, który wisiał na moich ustach rozpłynął się w grymas zakłopotania, a jasna, jak u Husky'ego oczy zalała cienista mgła.
– No a-ale... – Przez chwilę poruszałem ustami, jak ryba usiłująca nabrać powietrza ponad wodą. – Tam, tam będą ludzie. Dużo ludzi.
Drake:
Śniadanie było przepyszne, zresztą jak zawsze. Skończyłem sprzątając po sobie po czym zastanowiłem się co chciałbym dalej robić. Na pierwszych zaj
Bernie:
– Nieee, n-na bogów! – Pogrążasz się Migino, pogrążasz… Poruszyłem się nerwowo, jakby oblazłym mnie czerwone mrówki. – Jesteś moją siostrą i jesteś bardzo ciepła, i dobra. Nie was się nie obawiam, też nie Kaliope. Jesteście dla mnie ważni, bo… mam tutaj tylko was.
Mój wzrok kierowany magnetyczną siłą skierował się w stronę stolika dzieci Afrodyty. Na szczęście już jej tam nie było.
Drake:
– Gitara to piękny instrument, zagraj na niej dla nas, tak jak to czasami robisz. W końcu to my będziemy siedzieć w komisji, a nie reszta. – Powiedziałem przyjaźnie starając się rozładować panujące napięcie – Tylko ostrzegam, zamierzam każdego oceniać niezależnie od tego czy kogoś lubię.
Bernie:
– Wiesz… konkurs muzyczny już był i to taki, w którym bym nie stanął. Nie lubię być na świeczniku, ale… – Zawahałem się. Nie wiem jak oni to robią, że zawsze potrafią mnie namówić do różnych rzeczy, których NA PRAWDĘ nie chcę robić. – Kasja chciała pokazowo zatańczyć na konkursie tańców. Ummm… moooże mógłbym zagrać dla was, ale gdzieś z tyłu, w cieniu, może w podziemiach. Tak, podziemia brzmią dobrze.
Kasja:
– Nie, nie, nie... O na bogów nie o to mi chodziło. Nie dla nas... Chciałam zatańczyć sama, SAMA, a nie w duecie z Drakiem. O najświętsze boginie dziewice nie o to mi chodziło!
Nie powiedziałam żadnej z tych myśli na głos. Głupio byłoby teraz się wycofać z tej deklaracji a i chamstwo by ze mnie wypłynęło, jakbym powiedziała, że nie chce tańczyć z Drakiem. Dziwnie mi było po wczorajszym wieczorze... Serce mi załomotalo jak oszalałe, ale zachowałam kamienną twarz.
– Jeszcze Pan D musi wyrazić na to zgodę. Zapytam go pęciach była greka, ale na szczęście nie musiałem na nią chodzić. Mam kilka godzin za nim zacznie dziać się coś ciekawego. Mógłbym pójść popływać, albo pójść do stajni i zająć sie pegazami. Ech... nie wiem... wyjdzie w praniu. Grupka obozowiczów zastawiających drogę sprawiła że musiałem ich obejść. Szlak prowadził obok stolika którego w tym momencie chciałem uniknąć. Mówi się trudno i panikuje się dalej. Gdy podszedłem zobaczyłem że prócz Kasji siedzi też jej brat. Indywiduum to iście osobliwe. Za dużo o nim nie wiem, aczkolwiek mamy jakby to powiedzieć... "Koszmarną solidarność"... znaczy obydwoje mamy co noc straszliwy koszmar, ale absolutnie o nim nikomu nie wspominamy. Podszedłem i jak zwykle zresztą wpierniczyłem się w sam środek rozmowy do której nikt mnie nie zapraszał. Kolejna z moich licznych wad.
– Nigdy nie wiem kiedy mówisz o zwierzętach a kiedy wymieniasz imienia jakiegoś swojego przodka. – Powiedziałem lekko go zaskakując. Gdy ten odwrócił w moją stronę głowę, na pewno zauważył że byłem wyspany, co było dość niecodzienne. – Jeśli zaś o występach to nie przekonasz się póki nie spróbujesz. Zawsze możesz zamknąć oczy i robić swoje. W repertuarze swoich przodków na pewno masz kilka ciekawych pozycji której blade twarze takie jak my nigdy jeszcze nie widziały.
O czymś zapomniałem... o kimś... na bogów. To będzie serio jeden z najbardziej niezręcznych poranków w historii niezręcznych poranków. Spojrzałem na białowłosą Kasję której właśnie przerwałem w pół słowa.
– A i... eee... cześć Kasja. Mam nadzieje że ci się dobrze spało – powiedziałem starając się uśmiechnąć.
Kasja:
– Walczysz z potworami, a przeraża Cię zwyczajny występ? – Troszeczkę się zaśmiałam, rozuźniając napięcie.
Udałam, że nie zauważyłam jego zakłopotania, co nie było trudne, bo zaraz potem do naszego stolika podszedł Drake. Przełknęłam kęs, chociaż miałam wrażenie, że przechodził przez mój przełyk wyjątkowo wolno i starałam się zignorować nawracające wspomnienie ze wspólnego tańca.
– Hej – uśmiechnęłam się. – Pomóż mi, bo mamy tutaj wyjątkowo pasudny przypadek "NIE MA MOWY" – zażartowałam, powtarzając sobie w głowie zachowaj spokój, zachowaj spokój i na bogów wyrzuć z głowy to wspomnienie.
Drake:
– Wiesz Bernie... Ja bym się z nią nie kłócił w tych kwestiach. Po za tym nie musisz umieć tańczyć. Liczą się chęci. Widziałeś przecież jak Kali nam wczoraj pomogła. Jej ognie zrobiły bardzo dużo, a przecież z tańcem jej nie po drodze. – Powiedziałem opierając się o stół jedną ręką. Dalej się uśmiechając. Drake... przegrane sprawy to twoja specjalność. Dasz radę. – Zawsze możesz robić za oświetlenie widowiska.
Bernie:
Może i nie jestem wybitnym znawcą emocji ludzkich, ale widziałem... może raczej czułem pewne napięcie pomiędzy moimi przyjaciółmi. Może powinienem zostawić ich samych sobie? Nie, to nie będzie dobre rozwiązanie... dla nich.
– Ja... – Spoglądałem na jedno potem na drugie. Odchrząknąłem cicho. – Na gitarze tylko umiem... i w kłopoty. I... tak, s... Kasjo, wiem, że to dziwne, ale potworów nie boję się, ludzi już tak. M-może nie boję, ale...
Kasja:
– Czy to znaczy, że jestem straszna?
Przed zajęciami – pierwszy raz miałam nadzieję, że nie dostanę zgody na ten taniec...
Bernie:
– No… dobra, to… to ja idę nastroić gitarę. Po grece muszę trochę poćwiczyć, bo…
Mimo moich najszczerszych chęci, żeby stąd uciec i ukryć się w lesie pośród potworów, nie mogłem się ruszyć, przez co denerwowałem się jeszcze bardziej. Spanikowałem.
Na srebrzysty księżyc… w co ja się wpakowałem znowu? Słowo się rzekło, teraz nie ma odwrotu. Nie wiem, może usiądę gdzieś z tyłu na widowni, akustyka i tak zrobi swoje, a nie będę na lini strzału, albo gdzieś w mroku Skene, przecież potrafię dobrze się ukrywać.
– Ehhh… Masz rację Kasjo. Potworom staję każdego wieczora na talerzu i nie czuję cienia obawy, wiem, że sobie z nimi poradzę, ale ludzi… – Zamilkłem na chwilę, żeby zebrać w sobie resztki wątłej odwagi. – Boję się, co ludzie pomyślą o mnie. Boję się ich wzroku, u większości widzę takie… oceniające spojrzenie, jakby… w i e d z i e l i. Tylko u was jest inaczej i u Kaliope, i… – Ugryzłem się w język. – To jest cholernie żałosne, wiem. Ale jedno za wszystkich, nie?
Drake:
– Nie pękaj. Będzie dobrze. – Powiedziałem klepiąc go po ramieniu. Zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Na mnie już chyba przyszła pora, a to co się właśnie wytworzyło między mną a Kasją można już było kroić nożem. Chyba jednak wczoraj przesadziłem... nie... nie myśl o tym. Nie masz już na to wpływu. – Ten... może mi doradzicie bo nie mogę się zdecydować na co iść zamiast greki? Rozmyślam między pływaniem a pegazami...
Kasja:
– Chyba troszkę wpadłeś w paranoję. Zazwyczaj wszyscy mają w nosie życie innych – skończyłam śniadanie i sięgnęłam po kakao. – Hmm... Pegazy.
Bernie:
– Może… Dziękuję wam. – Po tych słowach wstałem od stołu i poczłapałem do domku zająć się gitarą. Nastrój miałem podły, ale przynajmniej mam świetnych przyjaciół i siostrę.
Drake:
– Brzmi dobrze. – wzbicie się w powietrze na skrzydlatych koniach zawsze sprawiało mi dużą przyjemność. – To... eee... do później. Wiecie gdzie mnie znaleźć.
Gdyby nie to że nasze oczy się spotkały na ułamek sekundy to nie było by nawet tak niezręcznie...Szybko się odwróciłem i nie dając po sobie nic poznać udałem się do stajni.
Kasja:
– No coż... To chyba zostałam sama... – wzruszyłam ramionami delektując się dalej kakaem. Czemu Drake uciekł? Żałował wspólnego tańca? Ehh...
Kaliope:
Zobaczywszy, jak Bernie podchodzi do stołu, Kaliope odwróciła się z uśmiechem na twarzy.
– Bernie! Cześć! – powiedziała radośnie, unosząc jednocześnie dłoń do góry, w geście przyjacielskiego przywitania.
– Widziałeś może gdzieś może Drake'a albo co gorsza Atę? – Zapytała, odgarniając brązowe, niesforne włosy za ucho.
– Smacznego, do zobaczenia później
Zaczęła dłubać widelcem w swoich pancaksach z syropem klonowym, obserwując z oddali całą resztę sali. Nim zdążyła zabrać talerz, z moim jedzeniem, Eric, jeden z najmłodszych członków naszego domku, rozwalił się z jakimś, wielki brystolem, z planem wynalazku. Cała rolka, koncertowo przetoczyła się przez talerz, pokrywając się lepką warstwą syropu.
– Eric… – westchnęła, wysuwając talerz, a ten rudowłosy, diabełek, uśmiechnął się jedynie, prezentując swoje zęby z aparatem, założonym na nie.
Bernie:
Słysząc, jak Kaliope niemalże wrzeszczy za mną, schowałem głowę między ramionami. No, tak właściwie, to nie krzyczała, ale ten tłum przy jej stoliku… Jak to mówią? Jeden to za mało, dwoje to już para, ale troje, to tłok. Tak, wiem, że to jest zupełnie inna sytuacja, ale… mniej więcej tak czuję się, gdy prócz tą trójką, jest ktoś jeszcze w okolicy 10 metrów.
A propo trzeciego. Drake jak zwykle przemknął po Pawilonie, próbując być niezauważonym, co zasadniczo nie było trudne. Większa połowa obozowiczów pogrążona była w bardziej lub mniej żywiołowych rozmowach. Z grupy pozostałych większość zajmowała się swoimi talerzami i problemami (niekiedy obydwoma zarazem). Zdaje się, że jedynymi osobami, które zauważyły go, byłem ja i ta dziewczyna z domku Afrodyty… jak jej było? T-t-t… no nie ważne. Dziewczyna jako jedyna z domku dzieci Afrodyty siedziała w kompletnej ciszy, zajmując się sobą, a jednak odnalazła go wzrokiem. Uniosłem rękę w geście powitania, po czym sięgnąłem po kubek mlecznej kawy zbożowej.
Drake:
Pierwszy raz od bardzo długiego czasu nic mi sie nie śniło. Ubrałem się, w niebieską koszulkę którą dostałem na początku wakacji od ojca i udałem się do pawilonu jadalnego. Jak zwykle stolik jedenastki był zajęty w calości. Nie lubiłem tłumów, nawet jeśli miałem dobry humor. To nie był mój klimat. Jak zawsze w ciszy wrzuciłem trochę śniadania do płomienia, dedykując go mamie, a potem udałem się do stolika z numerem trzy, który jako jeden z niewielu był pusty. Gdy po raz pierwszy przybyłem do obozu, sytuacja stolikowa była podobna. Nie chcąc siedzieć w tłumie znalazłem pierwszy lepszy wolny stolik i tam usiadłem. Mojry sprawiły że był to akurat stolik domku Posejdona. Wprawiło to zgromadzonych do okoła w niemałą konsternację. Chejron już chciał mi wytłumaczyć że absolutnie nie powinienem tego robić, gdy nad moją głową pojawił się delfin cały z wody. Choć pojawił się to złe określenie, wyskoczył z stolika i zawisł nad moją głową. Od tamtego momentu mam ciche przyzwolenie by tu siadać.
Miałem chwilę porozmyślać, nad tym co nadejdzie. W końcu za miesiąc z powrotem wracam na morze. Tym razem wyprawa wiedzie w kierunku południowego krańca ameryki południowej. W pewnym momencie zacząłem też myśleć o tym co stało się poprzedniego wieczoru nad jeziorkiem. Paniczne idee i przemyślenia zaczęły mi krążyć po głowie. Nie wiedziałem co teraz zrobić. Widziałem że Kasja jest przy swoim stoliku, ale celowo nie chciałem podchodzić gdyż bałem się jak zareaguje.
Kaliope:
Widząc, jak Drake pojawił się na śniadaniu, namierzyła go wzrokiem i pomachała na przywitanie. Świetnie, wszyscy się odmeldowali, nic nikomu nie było. Żadnych więcej dziwnych przygód, kolorowych włosów. Planów w jedzeniu i innych dziwactw. Można było w spokoju zjeść.
Upychając kolejną porcję jedzenia do buzi. Jej spojrzenie wylądowało na małej Trudy, która siedziała w ciszy, a w sumie Kali miała do niej mały interes. Widzicie taniec i zgrabne poruszanie się, nie było najmocniejszą cechą heroski. Można było stwierdzić, że jej ruchy były dosyć kanciaste, jakby poszarpane, niepewne. Wyobraźcie sobie, że każdy, zdecydowanie każdy z domu Afrodyty był w tej kwestii zdecydowanie lepszy. Widzieliście kiedyś jak wykuwa się miecz. Najpierw formuje się wstępny kształt, długi prostokąt z metalu – to właśnie na tym etapie zatrzymała się Kali, jeśli chodzi o taniec. Gdzie taka Trudy, w tej kwestii była takim w pełni ukształtowanym, wykuty, wypolerowanym, naostrzony i perfekcyjnie wywarzonym ostrzem.
Brunetka, więc po zjedzeniu swego śniadania, podeszła do dziewczyny.
– Cześć Trudy, jesteś bardzo dzisiaj zajęta? Potrzebowałabym pomocy w jednej kwestii... widzisz...ummm.. Nauczyłabyś mnie trochę zgrabniej się poruszać i tańczyć? – Uśmiechnęła się, szczerząc zęby i mówiąc nieco bardziej przyciszonym głosem.
– Chce podarować tacie ładny występ, taniec z ogniami, a cóż – westchnęła – ruszam się niczym... niczym... – przygryzła wargę szukając odpowiedniego porównania.
Trudy:
Dziewczyna, która wczoraj zrobiła dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny wcześniej, właśnie podeszła do mnie i… mówi coś o tańcu, pomocy i… Opanuj się Trudy! Nie możesz przecież tak się zachowywać. Nie możesz tego i tamtego, „Taka ładna dziewczyna nie powinna być smutna”, ughhhh… Miałam ochotę się rozpłakać, ale tego też „nie przystoi małej damie”. Zaczęłam się zastanawiać po co w ogóle mi emocje.
– Yyyy… C-cześć. Umm, myślę, że… – Och bogowie, jak to żałośnie zabrzmiało. Czułam że zaczynam płonąć ze wstydu poczynając od palców stóp. – Jasne! Mogę pokazać ci kilka kroków. Co prawda Betty jest lepsza w tańcach, ale chętnie ci pomogę.
Starałam się, żeby to brzmiało jak najbardziej optymistycznie i naturalnie, jak tylko potrafiłam, ale w mojej głowie już był plan, żeby zaraz po tej rozmowie dyskretnie ulotnić się z pawilonu. Dziewczyny zaraz zaczną plotkować.
Kaliope:
Spojrzała na koleżankę.
– To świetnie! – Klasneła w dłonie. – Tylko obiecaj że nie będziesz się śmiać. Podobno ruszam się jak robot. – Zaśmiała się. – To jak nie jesz śniadania to w sumie możemy iść. Zabiorę tylko kilka rzeczy do tego tańca z ogniem i po sprawie.
Trudy:
– Nie, spokojnie… – urwałam, żeby nie powiedzieć, że prędzej to ja będę obiektem wyśmiewania. – To nie jest takie trudne.
Kaliope:
– Cieszę się, że tak mówisz... to co idziemy?
Chwyciła jedynie dwie buteleczki z napojami do picia.
Trudy:
– Ummmm… t-tak. – Cholera jasna! Nie zachowuj się, jak mała wystraszona dziewczynka. – Znaczy, tak. Nad jeziorem?
Kaliope:
– Jasne, to za 10minut nad jeziorem.
Uśmiechnęła się i wyszła by zabrać rzeczy, a następnie stawić się nad jeziorem z tymi wszystkimi pałeczkami i innymi rzeczami, które ostatecznie powinny być podpalone podczas występu, by kiedy będzie z nimi tańczyć oraz nimi wywijać uzyskać najlepszy efekt.
Pan Narrator:
<< Nad jeziorem >>
Kaliope:
Rozgościła się nad tym jeziorem, powyjmowała wszystkie niezbędne elementy by ćwiczyć tanieć, w tym kij od szczotki, posiadający na dwóch końcach mocno zawinięte kawałki szmat nasączonych smołą i tłuszczem, by dobrze się paliły. Rozłożyła sprzęt i poczęła się wygnać i rozgrzewać przed tańcem, czekając na pomoc.
Trudy:
Przebrałam się w nieco luźniejszą sukienkę, w końcu taniec wymaga swobody ruchów, co nie? Poza tym lubię sukienki. Nigdy nie będę wyglądać tak ślicznie, jak Kasjopeja w swoich sukienkach, albo moja siostra Beatrice, która ma wyjątkowo smukłe nogi, zupełnie, jak młody Daniel, ale nie zależy mi, żeby zachwycać cały świat, to nie w moim stylu. Pomimo, że założyłam tę moją ulubioną, czułam się źle, tak jakby wszyscy mnie obserwowali. Nienawidzę tego uczucia, pomięłam przez to całą wstążkę na talii!
Gdy tylko wyszłam poza obręb domków i ludzkiego wzroku, objęłam się w ramionach... nie wiem dlaczego, ale to mi trochę dodało otuchy. Musiałam wyglądać okropnie, bo nawet mereidy popatrzyły na mnie z politowaniem. Poczułam się na prawdę źle i chyba miałam ochotę rzucić się na ziemię i płakać... ale nie w tej sukience i nie, kiedy... Ka... Kal-iope widziała z oddali mój nędzny pochód. Miałam tylko nadzieję, że... nie będzie go tutaj. Nie chcę, żeby widział mnie... taką.
– H-hej – Spojrzałam na rozłożone gadżety, zapominając na chwilę, o całej reszcie. – Czyli ty tak na poważnie z tym ogniem.
Kaliope:
Uśmiechnęła się widząc dziewczynę, która się stawiła.
– Tak... myślę, że taniec ognia, z dedykacją dla taty, powinien my się spodobało. – Uśmiechnęła się. – Chcesz potrzymać..?
Podała jej pałeczkę by może na nią spojrzała albo oceniła jak wygląda, jak się ją trzyma w dłoni.
– A ty dzisiaj coś będziesz prezentować?
Trudy:
– J-ja? Nie. – Poczułam, że się rumienię. – Musiałabym mieć najpierw partnera. B-bo wiesz, są tancerze solowi, jak hmmm Betty, a są też tańce towarzyskie i ja w takie trochę potrafię, ale... nie tak dużo, żeby wychodzić z tym do ludzi. – Opuściłam wzrok, ale zmusiłam siebie, żeby spojrzeć na Kaliope. – Wstydzę się po prostu.
Kaliope:
Wsłuchała się w słowa dziewczyny i pokiwała głową. Zdecydowanie jednak nie wdziała problemu w tym, że nie miała partnera. W jej oczach pojawił się charakterystyczny błysk. Ci, którzy mieli okazję go widzieć już kilka razy tak jak Kasja czy Drake, doskonale wiedzieli, że w tej głowie, przykrytej burzą, niesfornych, brązowych loków pojawiła się swego rodzaju myśl, plan, idea.
– Nie jestem może najlepszy tancerzem... ale… – dziewczyną przyklęknęła na jedno kolano przed Trudy niczym herosi z najcudowniejszych, greckich opowieści,. Wyciągnęła dłoń w jej kierunku, wpatrując się stalowymi oczami w dziewczynę. – Czy ucznisz mi ten honor i mogę zostać twoją partnerką w tańcu towrzyskim?
Trudy:
– Eeee... J-ja... nie czuję się za bardzo... Ale no, można spróbować potańczyć. – Powiedzieć, że byłam zdziwiona, to na prawdę nie powiedzieć niczego, bo byłam w kompletnym szoku. – Chyba nawet będzie mi mniej niezręcznie z tobą, niż z jakimś chłopakiem, bo to jednak... heh, wiesz...
Kaliope:
Chwyciła Trudy za dłoń, podnosząc się, a potem lekko obróciła dziewczynę.
– Obiecuje się starać i być pilną uczennicą.
Taniec, nie był jej mocną stronę, a z tańca towarzyskiego, to umiała umm.. nie za dużo, tak to ujmijmy. Słysząc, że Trudyny będzie mniej niezręcznie tańczyć jak z chłopakiem, totalnie nie rozumiała o co chodzi. Mrugnęła z dwa razy, a potem potaknęła tak na zaś głową.
– Pożyczę jakiś strój bardziej elegancki. Może Drake coś ma… – zastanowiła się przez chwilę. – Kredką i eylinerem mogę sobie domalować wąsy i brodę. Będzie wyglądać nieco śmiesznie ale myślę, że znosnie. Jak myślisz? I jakiego tańca się uczymy?
Trudy:
Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć, czy ona mówi poważnie, ale... wszystko wskazywało na to, że tak. Drake... oh, nie wracaj do tego dziewczyno, przecież on i...
– To nawet ciekawy pomysł – starałam się to powiedzieć, jak najbardziej entuzjastycznie potrafiłam, aczkolwiek, nie wiem czy nerwowy śmiech nie zepsuł efektu. – Ale w niektórych tańcach to i dwie dziewczyny mogą być bez problemu. Aaa... hmm. Od czego zaczynamy? Co powiesz na klasyczny angielski walc?
Kaliope:
– To jeśli chcesz, to możemy zatańczyć tak w dwie dziewczyny. Pomożesz mi może coś fajnego ubrać, z mojej szafy? – Zaproponowała. Trudy powinna się lepiej i bardziej znać się na ubraniach. – Chybaaa... mam jeden problem... ummm… – podrapała się po karku.
– Bo... tam pewnie ludzie ubierają się w takie ładne sukienki, prawda? Takie ładne i zwiewne jak rozpalone ogony komet, prawda? – Powiedziała niepewnie. – Bo ja nie mam taki ubrań, wiesz. – Zabrzmiał jej niepewny śmiech. – To może ja pożyczę ten garnitur czy jaki tam męski strój jest potrzebny. Jak Drake go nie ma, to pewnie, któryś z moich braci może być w posiadaniu.
Trudy:
– Pewnie! Coś dobierzemy.
Kaliope:
– To świetnie! – Uśmiechnęła się.
Po chwili obie zabrały się do pracy. Kali starała się jak najuważniej słuchać Trudy, która uczyła ją kolejnych kroków i rozliczenia w rytm muzyki. Szlo jej jako tako, ale im dalej w las tym było coraz lepiej. Nawet udało się opanować proste podnoszenie. Wystarczyło wokół pasa dziewczyny, z tyłu zapleść dłonie i lekko ją unieść. To był element, przy który kilak razy się wywrócił ale kupa śmiechu temu towarzysząca była tego warta.
Czas mijał, nauka jako tako szła. Kali miała nieco kanciaste ruchy ale starała się wprowadzić wszystkie uwagi Trudy, nawet te wypowiedziane niepewnym siebie głosem lub trochę ciszej wprowadzić w życie.
– Oj... wybacz – stwierdziła Kali, robiąc drobny błąd w tańcu.
– Zróbmy sobie chwilę przerwy. To chyba już zmęczenie. – Klapnęła na trawie i podała Trudy butelkę wody, zachęcając by usiadła obok niej.
– Świetnie tańczysz wiesz? – stwierdziała, bez owijania w bawełnę, co jeśli córka Afrody przyjrzała się Kali, mogła bez trudy stwierdzić, że było szczerze wypowiedzianym komplementem.
– A ja nie wiedziałam, że taniec może być tak męczący i że trzeba tak dokładnie stawiać kroki. To na palcach, to na piętach. Aaaa..... – Mruknęła nieco narzekając i rozpłaszczyła się na trawie, niczym żabka na liściu.
– To trudniejsze niż wykuwanie mieczy albo złożone mechanizmy zegarka.
Trudy:
Po raz pierwszy od dawna czułam się tutaj szczęśliwa. Rola instruktorki, no cóż, nie szła mi tak dobrze, jakby mogła, ale Kaliope naprawdę ma talent, tylko trzeba go podlewać, nawozić i przycinać, jak pęd róży.
– Nic nie szkodzi, dobrze ci idzie, tylko tę stopę nieco bardziej dostaw... o, o dokładnie! Widzisz? To nie takie trudne! – W końcu niczego nie musiałam udawać, po prostu byłam sobą... Matko, jaka to ulga. Kaliope klapnęła na ziemię rozprostowując nogi, ja zaś stałam, bo sukienka, choć i tak była już brudna. – Ja? No kiedyś, dawno dawno temu brałam udział w konkursie juniorskiego tańca towarzyskiego, a potem... no cóż... nasze drogi rozeszły się, a ja poszłam w skrzypce.
Echo dawnych dni odezwało się bólem tam, pod żebrami, ale... to było tak dawno temu. Jednak postanowiłam usiąść, choć nie złapała mnie nawet lekka zadyszka. Kali kontynuowała swój wywód.
– No bo widzisz. Są pewne drobne elementy, które składają się na większą całość i pojedynczo one są banalnie proste, ale w zestawieniu, potrafią stworzyć kombinacje porównywalne z mechanizmem zegara, który działa, choć niewielu wie jak. – Chyba powiedziałam coś bardzo mądrego, bo na chwilę nawet świerszcze na polanie przymilkły. – No, ale nie ma co tracić czasu. Chodź, wybierzemy ci coś pasującego do ciebie.
Wstałam sprężyście i podałam jej rękę, a następnie poprowadziłam do swojego domku, tym razem nie zważając już na spojrzenia innych dzieciaków, których w sumie nie było tak wiele, jak wcześniej myślałam. Zapomniałam tylko o jednym drobniutkim szczególe...
Kaliope:
– Stopę bardziej odstawić... aha – pokiwała głową, starając się zapamiętać uwagę.
– Nie chciałaś wrócić do tańca? – Zapytała wprost – Widać, że ciebie, to cieszy, a przynajmniej tak mi się wydaje. – Dodała zamykając się i słuchając bardzo mądrej wypowiedzi afrodytki.
Zawołana podniosła się, powoli zmierzając w kierunku domku Afrodytek. Przez chwilę pomyślała, że może być różnie ale nie ma co, nie zamierza się ich bać. Weszła, więc uśmiechajac się do wnętrza prowadzona przez Trudy.
Trudy:
– Może i do tańca mogłabym wrócić, ale nie do turniejów. To za dużo stresu… i wspomnień.
Na szczęście dziewczęta nie od razu zorientowały się, że wprowadziłam do domku naszego wroga publicznego numer jeden. To znaczy ja nie uważam Kaliope za mojej rywalki i nie zamierzam, jest fajną koleżanką. Nieco spanikowałam i wepchnęłam ją do łazienki, zatykając usta. Chyba nikt się nie zorientował. Zamknęłam drzwi i upewniłam, że nikt nie podsłuchuje. Odetchnęłam po chwili, poprawiając sukienkę.
– Ani słowa, zaraz przyjdę – wyszeptałam po czym wyszłam, jak gdyby nigdy nic po jakieś ubrania dla niej i dla siebie. W domku Afrodyty nikogo to nie dziwi i nie zastanawia. Lubimy przebierać w ubraniach, nie?
Kaliope:
W domku nie było jakoś tłoczenie. Sporo osób miało swoje zajęcia albo ćwiczyło przed pokazami albo pewnie byli na jakichś innych zajęciach. Umówmy się Afrodytki miały dzisiaj na pewno bardzo zajęty dzień przed tymi wszystkimi występami.
To co dało się zauważyć w domku oprócz małej ilości osób, obok której szybciutko udało się przemknąć do toalety, to sporo kolorowej farby i błyszczącego brokatu. Nawet tego ślady udało się znaleźć w toalecie, może w minimalnych ilościach i ludzie przynosili go na butach ale nadal.
Tak czy siak, Kali przejrzała się w lustrze jak wygląda i poczęła nieco bardziej gładzić i układać niesforne włosy w głowie prosząć by Trudy nie przyniosła jakieś sporej sukienki, w której nie da się chodzić.
Trudy:
Dlaczego mam wrażenie, że wszyscy mnie obserwują? Nie, to tylko tak mi się wydaje, tutaj prawie nikogo nie ma: Edward, który czytał jakąś książkę, Diana bardzo krytycznie patrząca na moją sukienkę, która jakiś czas temu była biało-błękitna i dwóch chłopców szukało kompletów na występ. Starałam się nie okazać paniki i tak dalej, ale nie udało mi się opanować drżenia rąk. Wybrałam trzy komplety i poszłam do Kaliope.
– Masz. Jeszcze buty muszę ci znaleźć.
Kaliope:
Spojrzała na przyniesione jej stroje i chwyciła je, zabierając od Trudy.
– Jasne... tylko na spokojnie. – Dodała, a drzwi łazienki się zamknęły.
Kali zaczęła rozkładać, rozwieszać sukienki i im się przyglądać, z ciężkim sercem. Westchnęła widzać coś co całkowicie nie jest w jej stylu. A po chwili poczeła wbiajać się w jedną z kreacji.
Meredith:
"Dobra, zaraz greka no i trzeba wyglądać, poza tym muszę wziąć notes, pióro i... Na wszystko, co najpiękniejsze!"
Zamyślona wpadłam do domku, niemalże zderzając się z Trudy, która, nie dość, że wyglądała tak, jakby tarzała się po ziemi, to jeszcze miała trawę we włosach! Poczułam, jak krew odpływa mi z głowy. Dziewczyna natychmiast odskoczyła na bok, gdy tylko mnie zobaczyła.
– Ty ty ty... młoda. Podejdź no tutaj. P o d e j d ź... No, grzeczna dziewczynka. – Złapałam fragment sukienki Trudy, która była wyraźnie spanikowana, jakby miała czym. – Na bogów, nie wstyd ci chodzić w tak brudnych ubraniach?
Trudy:
"O cholera, tylko nie ona!"
– J-ja... kiedy ja właśnie. Ja miałam się przebierać! – Zgarnęłam pierwszą z brzegu bluzkę, która leżała na łóżku. – I-i butów szukam.
Meredith:
– No to, na co czekasz? Jedziesz maleńka! Greka czekać nie będzie!
Trudy:
– Aha. J-już – chciałam się rozpłakać, ale to pogorszyłoby sprawę.
Kaliope:
Wciskanie się w sukienki nie było takim prostym zadaniem. Najpierw jedna nóżka, potem druga nóżka, zium do góry, wiercąc się nico jak robaczek. Łatwo się mówi, gorzej, to zrobić kiedy Trudy umówmy się była nieco młodsza i nieco mniejsza.
Z zewnątrz do łazienki dobiegały jednak jakieś nieciekawe dźwięki. Chyba ktoś się kłócił? Krzyczał? To chyba Trudy? Pewności nie było. Szybkie, więc wbijanie się w pierwszą, jasno niebieską sukienkę, dopasowaną w tali, a rozkloszowaną i zwiewną i sięgającą za kolana na dole. Tak by to prezentowało się na Trudy, bo kiedy Kali wyszła z łazienki, ta sukienka była zdecydowaną miniówką, a suwaczek z tyłu nie do końca się dopiął, zostało tak 0,5 cm.
– Cześć Meredith. Jak ci mija dzień? – Zapytała córka Hefajstosa, szybko rozglądając się i orientując w sytuacji, podchodząc do obu dziewczyn, a w szczególności Trudy.
Meredith:
– TY! – Moja twarz natychmiast poczerwieniała, a pięści zacisnęły się, boleśnie wpijając paznokcie w skórę.
Trudy:
– Aha... to... m-może stąd pójdziemy? – Chwyciłam Kalio za rękę i pociągnęłam w stronę drzwi.
Kaliope:
– Przypomnę Ci nazywam się Kalliope Mulciber i tak to ja. – Oznajmiła i podeszła do Trudy. Kiedy ta złapała ją za rękę, przyjrzała jej się. – Wszystko w porządku? – Zapytała, posyłając jej ciepły uśmiech i przytrzymała Trudy, mocno trzymając ją za dłoń obok siebie.
– Przygotowujemy się z Trudy na występ. Będziemy razem pięknie tańczyć. Przyjdziesz kibicować i spojrzeć na nasz występ? Było by miło.
Meredith:
– Aaaargh! Wyjdź! Stąd! NATYCHMIAST! – Warknęłam aż trzęsąc się ze złości. Nikt jeszcze tak sobie ze mnie nie zakpił.
Kaliope:
– Chyba nie będzie kibicować, chyba jest zbyt denerwowana. Już za chwilę wyjdę. Przebiorę się tylko. – Oznajmiała idąć ponownie w kierunku łazienki i biorąc Trudy ze sobą.
Edward:
– Śmiało. Tylko zgaś światło wychodząc!
Meredith:
Miałam ochotę ją roznieść na miejscu. Nie dość, że przez nią mamy syf w domku, to jeszcze ewidentnie kpi sobie ze mnie! Oj nie, ja się z nią jeszcze policzę... ale nie teraz, zemsta najlepsza jest na chłodno. Wybiegłam z domku kopiąc po drodze jakiś kamyk, chyba trochę zbyt mocno, bo aż mnie zabolało. To mnie trochę otrzeźwiło. "Przecież ona na prawdę nic nie zrobiła teraz... ale jestem głupia". Biegłam dalej próbując zatrzymać nadchodzące łzy.
Kaliope:
Udała się do łazienki, zatrzymując na chwilę wzrok na Edwardzie, któremu kiwnęła głową, a potem szybko pomaszerowała dalej.
– Trudy wszystko dobrze? – Spojrzała na dziewczynę.
– Chyba wybieranie sukienkę trzeba przenieść.... – Zastanowiła się przez chwilę. – Chociaż w sumie, nie powinna mieć prawda mnie stąd wypraszać... chyba nie tak do końca – zaczęła się zastanawiać.
– Rozepniesz suwak? – Przykucnęła, prosząc o pomoc.
Trudy:
Panika. Tutaj zaraz zadzieją się złe rzeczy. Albo i nie, bo Meredith właśnie wybiegła, co do niej nie podobne. Normalnie ona zaczęłaby pyskować i obrażać, i w ogóle. Ale wybiegła z domku. Cała drżałam ze strachu i tak dalej. Słyszałam, że Kalio coś do mnie mówi, ale byłam trochę... jakby zamroczona. Skuliłam się pod ścianą, nie mogąc powstrzymać łez.
Kaliope:
Nic nie mówiła, spojrzała jedynie i przytuliła mocno Trudy, głaszcząc ją po włosach.
Pan Narrator:
<< Kilka godzin później, przed konkursem tańca >>
Kaliope:
Po nauce tańca z Trudy oraz przymierzaniu sukienek, obie dziewczyny nieco odpoczęły i pożegnały się by coś zjeść oraz nieco się odświeżyć. Chociaż w tym wypadku córka Hefajstosa wydawała się być zdecydowanie bardziej zmęczona. Tak czy siak odpoczynek się nalezał, a potem trzeba było wbić się w sukienkę i iść powoli w kierunku anfiteatru.
Drake:
Lot na pegazach jak zwykle był nieziemski. Uwielbiam latać i wszystko z tym związane... znaczy mam lekki lęk wysokości, ale to przez te wszystkie filmy i książki, nie przeszkadza mi to jednak. Potem poszedłem na lekcje szermierki, a na koniec, jak zwykle zresztą, oddałem się kolejnej książce. Tym razem udało mi się z obozowej biblioteczki wyrwać Odyseję w oryginale.
Tak czy inaczej chyba pora już się zbierać... która to już... O RANY! Zaczytałem się i zaraz się spóźnię. Koszula... nie ma czasu... do domku jest za daleko a już słyszę jak w amfiteatrze się rozgrzewają. Puściłem się biegiem w rękach trzymając książę o przynajmniej kilka wieków starszą ode mnie.
Kasja:
Nie mogłam się za bardzo skupić na zajęciach. Miałam porozmawiać z Chejronem i Panem D o tym, czy pozwolą mi otworzyć kolejny konkurs swoim tańcem, ale odwlekałam to tak długo, że w końcu nie było na to czasu. Chwała wszystkim bogom za to. Za wcześnie dla mnie było. Wczorajszy taniec miał tak duży impakt, że chyba w najbliższym czasie nie chciałam znowu tańczyć. Zwłaszcza, że wszyscy jakoś paskudnie próbowali zorganizować wszystko tak, abym znajdowała się jak najdłużej w pobliżu Drake’a. To była dla mnie przesada i strasznie mnie to denerwowało, dlatego do wieczora całkowicie unikałam jakiegokolwiek towarzystwa. Niech wszyscy zajmą się do cholery swoimi sprawami. Oczywiście w międzyczasie poinformowałam i Drake’a i Berniego, że tańca nie będzie, bo za późno o tym pomyślałam. To nie było kłamstwo! Przygotowywałam się więc już w spokoju, a do Amfiteatru dotarłam jeszcze przed czasem, żeby sprawdzić czy wszystko było przygotowane.
Kaliope:
Podchodząc do amfiteatru, co chwilę się poprawiła, a to tu, a to tam coś ją nieco uwierało, nieco drapało. Trzeba było się przyzwyczaić do tego wszystkiego, ale nie powinno być tak źle. Buty na szczęście były dobre, nie upijały nigdzie, nie obcierały. Kali spokojnie da radę w nich przeżyć, obcas był, ale też nie nie wiadomo jakiej wysokości.
Widząc na miejscu Kasję, podbiegła do niej, uśmiechając się promiennie.
– Hej, już tak wcześnie tu jesteś? W sumie to dobrze. Możesz mi powiedzieć czemu sukienki są tak ładne, ale tak niewygodne? – Stwierdziła jeszcze gdzieś tam się poprawiając. – Już zbroje są wygodniejsze i mniej obcierają. – Dodała.
Bernie:
Stałem przed Amfiteatrem obserwując, jak kolejne niewielkie grupki obozowiczów zaczynają tworzyć tłum, w którym nie miałem najmniejszej ochoty przebywać. Nie... to nie jest miejsce dla mnie. Wszyscy obozowicze siadają w grupkach swoich domków, podobnie, jak w Pawilonie, ale ja mam przecież tylko Kasjopeję, która będzie w jury. Czy na prawdę muszę tam być? Ehhh... chyba tak. Ah, usiądę gdzieś z tyłu, tak, żeby nikt mnie nie widział i nie interesował się mną.
Drake:
Drake sunął po trawie niczym motorówka której silnik właśnie zaczął się krztusić, a przed amfiteatrem wyhamował tak ostro że prawie się wywalił do przodu. Na pewno przez kolejne kilka dni obozowicze mogli zauważyć ślady hamowania dwóch par butów w tym miejscu. Wszyscy już się schodzili, na szczęście udało mu się dobiec na czas. Odyseja na całe szczęście była w jednym kawałku, co niezmiernie go uradowało. Gdyby zniszczył taką pozycję to Chejron by mu nigdy nie wybaczył.
Przed wejściem zauważył Berniego, który jak zwykle, był lekko zagubiony. Podszedł do niego, tak by go przypadkiem nie wystraszyć. Mówię wam, nigdy nie zachodźcie rdzennych amerykanów od tyłu, bo potem przez przynajmniej dwa dni będzie was boleć szczęka. Tak się właśnie z Bernardem poznaliśmy, aczkolwiek to historia na inną okazję.
– No i jak? Gotowy? Widzę że koło stolika jurorów jest jeszcze kilka wolnych miejsc... No już, już, dziś się nie wykręcisz – powiedział jak zwykle przyjaźnie się uśmiechając – Ciekawe gdzie Kasja z Kaśką, nie widzę ich jeszcze? Muszą gdzieś tu być.
Bernie:
– Oh, na bogini ciemności! Wystraszyłeś mnie. – Dosyć skutecznie potrafię odciąć się od świata wokół. Powrót zawsze jest szokiem. – Ostatnie rzędy też są zawsze wolne, a przynajmniej będę poza wzrokiem innych. A dziewczyn nie widziałem. Może spotkasz je w łoży jurorskiej.
Przez chwilę milczałem wpatrując się w przestrzeń za Drake’iem, jakby zbierając myśli.
– Jeśli mam być szczerym, to cieszę się, że nie ma tego waszego tańca. Znaczy nie zrozum mnie źle, lubię obserwować, jak się dogadujecie i wasze tańce. Ale nie lubię grać publicznie. To nie dla mnie.
Drake:
Gdy Bernie oznajmił ze nie ma ochoty grać już byłem na to przygotowany. Tym razem się uda... czy Drake w to wierzył? Chyba już zaczynał wątpic że kiedykolwiek uda mu się nakłonić kolegę do zagrania... aczkolwiek próbował.
– A jak byś się obrócił na krześle, usiadł tyłem i urzył tej swojej ciemnośi by się odciąć od wszystkich bodźców? Może wtedy będzie ci lepiej. Wiem że nie lubisz grać publicznie, ale nie daj się tyle namawiać, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Najgorsze co może się stać to że wszystkim się spodoba. – Mówił to naprawdę szczerze. Naprawdę chciał usłyszeć i jak Bernie gra, bo ten zawsze się peszył gdy była o tym mowa. – Wiem! Wyobraź sobie że grasz tylko dla nas... znaczy dla mnie i Kasji. To ci pomoże.
Bernie:
– Dla was mogę zagrać zawsze, ale no… nie kiedy ludzi jest setka i wszyscy mnie oceniają. Po prostu… to mnie bardzo peszy i nie mogę się skupić.
Kasja:
Dobrych kilka minut stałam jak wryta, patrząc na przyjaciółkę i nie dowierzając temu. Wyszłam zza ławy jury akurat w momencie, w którym Kali się pojawiła i absolutnie, całkowicie zapomniałam... Co miałam teraz zrobić i gdzie iść. Buzię miałam rozdziawioną i mrugałam zaskoczona.
– Ty masz sukienkę… – Wydusiłam w końcu z siebie. – Czemu masz sukienkę? Ty nie chodzisz w sukienkach...
Kaliope:
Podeszła do Kasji spoglądając jak na nią nie reaguje. Zupełnie jakby skamieniała. Dziwne to było.
– Wiesz co będę tańczyć z Trudy... walca – odpowiedziała dumnie i poprawiła sukienkę.
– Ehhh...czemu to tak wszędzie pije? - Spytała robiąc oczka sarenki... i tyle było z optymizmu i prezentowania się z dumą.
Kasja:
– Ale wiesz, że zazwyczaj walca tańczy para kobieta i mężczyzna? Masz całkiem zgrabną sylwetkę. Pod twoimi standardowymi ubraniami tego nie widać, ale też jakoś tak nienaturalnie wyglądasz w sukience…
Kaliope:
– Trudy powiedziała... i jej wierze, że może tańczyc w dwie dziewczyny. – Stwierdziła, uśmiechając się.
Kasja:
Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Odniosła wrażenie, że może Kaliope spodobała się Trudy jak poprzedniego wieczora ją obroniła i pomściła, ale zachowała te uwagę dla siebie, żeby nie wprawiać przyjaciółki w konsternację.
– A kiedy zamierzacie to zatańczyć? Pytałam o możliwość otwarcia konkursu tańcem, ale za późno wyszłam z tą propozycją. Nie byłoby czasu na przygotowania.
Kaliope:
– Nie wiem. Kiedy będzie kolej nasza? – Stwierdziła dosyć niepewnie. Nie zastanawiała się nad tym. Kiedy będzie ich czas, to zatańczą, w głowie brunetki to było takie proste.
– I nie zatańczysz? – Stwierdziła oburzona. – Pogadam z Panem D, czemu nie pozowlił Ci zatańczyć. Przecież tańczysz cudnie. Nie rozumiem. – Pokręciła głową. – PANIE D!!!
Kasja:
– Bo my jesteśmy jury w tym konkursie, dlatego nie tańczę…
Kaliope:
– Ahaa… – Zamrugała dwa razy przestając się drzęć i szukając Pana D. – My....? – Zamrugała dwa razy.
Kasja:
– My... Czyli zwycięzcy wczorajszego konkursu.
Kaliope:
No to zonk. Walnęła otwartą dłonią w swoje czoło.
– UPS... – wzruszyła ramionami, nerwowo drapiąc się po szyi. – To chyba mam problem. Ale nigdzie nie napisano, że sędzia nie może występować prawda?
– W sumie Pan D nic o tym nie mówił, a ja się na tych tańcach i poezji nie znam, wiesz. Żaden ze mnie sędzia. – Machnęła ręką.
Kasja:
– Czy właśnie Kaliope tchórzy? – Uśmiechnęła się złośliwie, a w jej oczach lekko błysnęło. – Czy może ktoś tutaj ma ochotę zatańczyć z pewną uroczą córką Afrodyty? – Puściła jej oczko.
Kaliope:
Spojrzała na Kasję, unosząc brew.
– Kasjo, ty nasz księżycu okrąglutki, nie kombinuj jak koń pod górki. – Pogroziła jej robiąc niu niu paluszkiem.
– A mam ochotę! – Lekko tupneła nóżką i zadarła podbródek. Po coś wbiła się w tą sukienkę, która piła to tu, to tam. Trudy zresztą by była nie pocieszona.
– Ja już coś wykombinuje, tylko gdzie ten Pan D się podziewa. Powinien tu być by ponarzekać na wszystko prawda? – Rozejrzała się, a w głowie miała już pewien plan. Tak czy siak Dionizos mógł się nie pokazywać ale to jego strata i on później będzie latać takie, a nie inne rzeczy.
Kasja:
Gdyby Kasja była zwierzęciem w tym momencie jej policzki by spuchły jak policzki chomika, który wpycha do buzi zapasy. Tymczasem dziewczyna jedynie zmarszczyła brwi, nos i przygryza wargę, dając Kali pstryczka w nos.
– Mówiłam, żebyś tak do mnie nie mówiła! Nie jestem gruba!
Dla podkreślenia tych słów, nastolatka skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i mocno się wyprostowała, nadając sobie kilku dodatkowych centymetrów wzrostu. Tak, to miała być ostrzegawcza pozycja, ale wszyscy wiemy, ze Kasja nie potrafi być groźna kiedy nie jest w niebezpieczeństwie. To ciepła klucha o srebrzystej urodzie.
Kaliope:
Spojrzała na krzyczącą blondynkę, zupełnie nie rozumiejąc tego całego obruszenia z jej strony. Księżyc w pełni był okrągły, pełny i niczego mu nie brakowało. Święcąca nocą dokonałość na niebie. Przynajmniej w mniemaniu Kali, ale chyba Kasja myślała nieoc innaczej.
– Przecież nie powiedziałam, że jesteś gruba, tylko ładna jak księżyc w pełni i niczego ci nie brakuje.
Stwierdziła również nieco się oburzając i w ramach przedrzeźniania się również skrzyżowała dłonie na piersi, wyciągnęła stópkę i poczęła nią tuptać. Teraz tylko czekać czy się bardziej posprzeczają czy za chwilę, któraś wybuchnie śmiechem, a druga zacznie jej wtórować i sprawa się rozwiąże.
Pan Narrator:
Każdy, kto nie znałby dziewcząt, mógłby pomyśleć, że za chwilę rzucą się sobie do gardeł, albo coś pomiędzy nimi wybuchnie, rozsadzając połowę Amfiteatru. Niektórzy obozowicze, którzy obserwowali całe zajście, potem rozpowiadali, że czuli, jakby powietrze zgęstniało i napełniło się mocą. To była prawdziwa, heroiczna próba sił, którą obydwie przegrały lub właśnie wygrały w tej samej chwili, wybuchając promiennym i radosnym śmiechem. Ognisko płonące na środku placu nagle buchnęło żywym, złotym ogniem, co było dosyć rzadkim widokiem.
Drake:
Próba przekonania Berniego jak zwykle nie przyniosła rezultatów. No cóż. Trudno. Kiedyś się uda. Lekko już zrezygnowany doszedłem do wniosku by dalej nie drążyć tematu i chyba już pora udać się i usiąść pierwszym rzędzie.
– Drobra stary. Już cie nie męczę. – Odpowiedziałem lekko wymijającą chcąc zakończyć dyskusję.
W tym samym momencie na peryferiach mojego wzroku zobaczyłem (i w sumie też usłyszałem) jak Kasja dokonywała z Kaliope dość burzliwej wymiany argumentów. Na nieszczęście dziewczyny stały akurat na drodze którą musiałem obrać by dostać się do stolika dla jurorów. Udałem się, więc, w porządanym kierunku próbując ominąć Kasje za jej plecami. Nie wiem... chyba lepiej by mnie zobaczyła dopiero na miejscu... nie... nie myśl o tym. Co się w końcu może stać? Pomyślałem to, i w tym momencie zacząłem ją wymijać... a przynajmniej próbowałem.
Bernie:
Chyba... chyba go zawiodłem. Znowu. Poczułem się podle, jak zdrajca. Co też mi przecież szkodzi zagrać przed... przed całym Obozem. Obóz... mnie stresuje, świadomość tego, że setki par oczu będzie mnie obserwować, że mogę ośmieszyć się przed całym Obozem. Zostanę pośmiewiskiem a moi przyjaciele... nie, oni chyba nie odsuną się, a Kasjopeja na pewno stanęłaby za mną murem. Ale... nie chcę narażać jej na taki stres i poniżenie, jest mi zbyt bliska, w końcu jest moją siostrą, tak jak Melody... muszę ją ochronić.
– M-może kiedyś... – Powiedziałem zachrypniętym głosem pełnym smutku.
Lubię chwile, gdy Kasja się śmieje. Szczególnie w księżycową noc mam wrażenie, jakby księżyc na chwilę stał się jaśniejszy, a gwiazdy mu wtórowały. Jej śmiech jest taki szczery i zaraźliwy. Zupełnie inny, niż śmiech... Ehh. Spojrzałem się w miejsce, gdzie powinien stać księżyc, zawsze potrafiłem go namierzyć, tak samo i tym razem. Zapatrzyłem się, wyobrażając sobie jego tarczę na tle jasnego jeszcze nieba. Chciałem pójść do lasu, albo iść nad jezioro, z dala od ludzi, bo na prawdę źle się czułem. "Mamo" wyszeptałem z bólem. Z kącika oka popłynęła samotna łza, której pozwoliłem opaść na ziemię.
Całkowicie wbrew sobie, usiadłem niedaleko stołu jurorskiego, trzy rzędy za nim. Trochę ze względu na Drake'a, ale przede wszystkim czułem, że potrzebuję bliskości. Nie wiem, na szczęście, czy przez zrządzenia wrednych fatów, ona siedziała blisko. Spojrzała na mnie swoimi ciepłymi oczami i posłała mi wątły uśmiech, który szybko ustąpił współczuciu.
Kasja:
Nie umiała powstrzymać szczerego śmiechu, którym wybuchła jednocześnie z Kaliope.
– Bardzo ładnie wyglądasz w sukience – powiedziała szczerze i odwróciła się z zamiarem oddalenia do ławy jury, kiedy wpadła prosto na... Drake'a…
O szlag… Serce zaczęło jej troszkę mocniej łomotać i zrobiło się niemiłosiernie gorąco. Dni przecież miały już być chłodniejsze, a nie ciepłe!
– Oj... Przepraszam... – powinna od razu się odsunąć, ale uniosła głowę, bo zawsze jak się do kogoś zwracała to mówiła mu prosto w oczy i troszkę pożałowała. Miała wrażenie, że jej twarz zapłonęła i była niemal pewna, że włosy zalśniły jej mocniej, jakby odpowiadając na jej emocje. Była cała czerwona, kiedy odsuwała się od mężczyzny.
Drake:
Ja swoje, mojry swoje. Cały plan by wyminąć Kasję spalił na panewce. Gdy przechodziłem za nią, i wszystko wskazywało że mój absolutnie genialny plan plan się powiedzie, Kasja odwróciła się na pięcie i wpadła prosto na mnie,
– Przepraszam... – powiedzieliśmy to w tym samym momencie przy okazji z przyzwyczajenia patrząc w oczy naszego rzomówcy. To był mój największy błąd. Moja twarz zapłonęła na czerwono kolorem bardziej intensywnym niż truskawki. Myśli buzowały... miliony myśli które starałem się uciszyć.
– Yyy... cześć... dobrze dziś wyglądasz... – Powiedziałem lekko odwracając wzrok. – Chyba już na nas czekają – dodałem starając się rozładować napięcie.
Kaliope:
Wybuchła śmiechem podobnie jak Kasja. Śmiała się zdrowo ale i tak ciężko, że po chwili złapała kilka oddechów i przełknęła ślinę.
– Cześć Drake. – Przywitała się posyłając uśmiech w jego stronę. Słysząc jak obie strony powiedziały w tym samym momencie dziękuje, zachichotała.
– A mojego stroju wybieranego przez Trudy nie doceniszy? – Burknęła udając oburzenie, a zaraz to przybrała ładną pozę, obejmując ramieniem Kasję.
– Obie super wyglądamy, co nie? – Wyszczerzyła się.
Kasja:
– Dziękuję, ale zobacz na... – Nawet nie zdążyła dokończyć, kiedy poczuła ciężar Kaliope na sobie. Ulżyło jej trochę, bo się uspokoiła.
– Tak, zdecydowanie olśniewamy – uśmiechnęła się. – Idziemy? Pewnie już czekają.
Kaliope:
– Tak, idziemy. Kasja, to co występujesz na otwarcie festiwalu? – Zapytała i to całkowicie poważnie.
– Pan D i tak ma to w głębokim D, a myślę że twój występ będzie cudowny, prawda Drake? – Uśmiechnęła się i poczekał, aż te potaknie.
– Pokręcić czy wyprostować ci jakoś włosy?
Zaproponowała, a w jej oczach można było dostrzec tlące się ogniki, które były zwiastunem... ummm... dobrej zabawy... i cudownego pomysłu.
Tak czy siak, po dłuższej chwili kiedy wszyscy się zebrali, a sędziowie zasiedli na swoich miejscach. Kali podeszła do jednego ze swoich braci, który odpowiadał za nagłośnienie i chwyciła za mikrofon. Stuknęła dwa razy sprawdzając czy wszystko jak najbardziej działa, po czym zaczęła przemowę...ognistą przemowę... przynajmniej w jej mniemaniu.
– Witam serdecznie na drugim dniu Dionizji, na których nie zabraknie wspaniałych emocji oraz dobrej zabawy. W tym roku będziemy mogli na tej scenie podziwiać mnóstwo wspaniałych, cudownych i niezapominanych występów. Pozwólcie, że na początku przedstawię wam naszych sędziów, którym dzisiaj przypada trudne zadanie oceniania wszystkich talentów. Jeśli spojrzycie na lewą stronę stolika sędziowskiego dostrzeżecie Kasję... mistrzynie tańca o perfekcyjnej figurze i doskonałej niczym księżyc w pełni. – Wskazała dłonią Kasję,
– Tuż obok niej, siedzi cudowny Drake, człowiek o wielkim sercu i niezwykle wrażliwym uchu. Przywitajcie tego miłośnika uderzania w klawisze pianina gromkimi brawami. – Przeczesała dłonią włosy, słysząc oklaski ludzi.
– Ostatnim sędzią będę ja. I jako sędziowie będziemy starać się oceniać was sprawiedliwie ale muszę przyznać, że teraz każdy z uczestników zasługuje na nagrodę, gdyż przełamał się by wystąpić na tej scenie. A jeśli chodzi o nagrody, to dla zwycięzcy każdej z konkurencji przygotowaliśmy złoty laur, oraz zwolnienie z obozowych obowiązków przez 1 dzień. – Odchrząknęła.
– W tym konkurs otworzy nasza cudowna Kasja wraz z swoim fenomenalnym tańcem. – Zapowiedziała dziewczynę.
Kasja:
Znała swoich przyjaciół dosyć dobrze, ale nadal potrafili ją zaskoczyć. Wpatrzona w Drake'a nie zauważyła, jak Kaliope wskoczyła na scenę, żeby otworzyć konkurs, dlatego jej przemowa była dla niej zaskakująca. A zwłaszcza taniec, do którego się nie przygotowała, ale codziennie tańczyła nad jeziorem, więc coś umiała. Wyszła na scenę tak, żeby Kaliope ją minęła bardzo blisko po to, żeby szepnąć jej jedną rzecz do ucha z szerokim uśmiechem.
– Zamorduje Cię – i ruszyła na scenę cała radosna i promienna, wiedząc, że jej włosy niedługo zaczną lśnić.
Bernie:
– Ona jednak prosi się o kłopoty.
Rzuciłem pod nosem i bez wahania zerwałem się z miejsca. Cel był jeden – dzieciaki z domku Apollina, a konkretnie jeden z nich, Edmund, który miał przy sobie gitarę. Odciąłem wszystkie myśli, jakie krążyły mi w głowie, a które raz po raz uderzały coraz większą falą w mur, który wzniosłem z mroku ciemnej strony księżyca. Wewnątrz ostały się tylko dwie: zdobyć instrument i nie zawieść siostry... tym razem. Problem polegał na tym, że dzieci Pana Słońca siedziały dokładnie po drugiej stronie, naprzeciw dzieci Pani Księżyca. Przedzieranie się przez trybuny było bez sensu, wspinanie się na szczyt i obiegnięcie amfiteatru górą również, straciłbym masę czasu na zejście do Edmunda, który siedział tuż przy orchestra. Rzuciłem w przestrzeń przekleństwo w języku mojego ludu, a następnie zbiegłem w dół schodów na piaszczysty plac z ogniskiem na środku. Nie dbałem o to, że cały obóz mnie zobaczy. Pierwszy raz miałem to zwyczajnie gdzieś.
Drake:
Na szczęście na straży czuwała Kali, która była w odpowiednim miejscu i momencie.
– Nie... z moimi włosami wszystko jest jak najbardziej w porządku... ale dzięki. – Odpowiedziałem na jej pytanie, po czym poszliśmy zająć miejsca.
Gdy Kali wskoczyła na scenę by poinformować wszystkich o rozpoczęciu konkursu nie był przygotowany na to co powie. Z jego ust wyrwało się nieme pytanie "Na jakim pianinie? Ja nie gram na pianinie", a najczarniejsze scenariusze sprowadzające się do masakrowania białoczarnych klawiszy zaczęły krążyć po jego głowie.
Przy okazji udało mu się kątem oka złowić Berniego który właśnie pobiegł w kierunku ogniska.
Atarae:
Kasja zdecydowanie za bardzo przedłużała sprawę. Atarae obserwowała ją trochę zniecierpliwiona i westchnęła, zauważając jak mozolnie szło to Gwiazdeczce. Wyminęła więc ją radośnie, szukając odpowiednich argumentów na przerwanie tego marszu, a nie "a no za długo ci to szło, to przejęłam pałeczkę". Chociaż podejrzewała, że i tak wszyscy się domyślą. Uśmiechnęła się tylko wzruszając ramionami i wskoczyła na scenę w taki sposób, że słońce odbite od jej włosów oślepiło córkę Selene, zatrzymując ją w pół kroku.
– Lepiej nie psuć zapału uczestniczek konkursu idealnym tańcem – puściła żartobliwie oczko do wszystkich. – Zaczynamy bez zbędnych występów. Kasja zakończy ten etap tańcem, a nie rozpocznie. Wszyscy wiemy, że w dzień jest ciutkę... niepordana.
Klasnęła w dłonie i zniknęła ze sceny, co Kasja przyjęła z ulgą. Doskonale wiedziała, że Atarae miała rację. Przecież w dzień plątały jej się nogi i była wiecznie zmęczona.
Bernie:
"Malaka!" – zakląłem w duchu. Nie potrafię być spontaniczny, a zmiana planu w trakcie jego realizacji całkowicie wybija mnie z rytmu, wyjątek stanowi walka, kiedy intuicyjnie wiem, co robić. Szybko ogarnąłem całość otoczenia i... zupełnie nic nie wymyśliłem. Stałem, jak kołek czując na karku kilka par oczu przewiercających mnie na wylot. Dyskretnie zerknąłem przez lewe ramię i ku mojemu zaskoczeniu, tylko dwoje oczu barwy bursztynu wpatrywały się we mnie... z troską? Chciałem osunąć się w cień lasu i zniknąć, ale tutaj nie ma lasu, ani głębokich cieni. Nie zauważyłem, kiedy w powietrzu pojawił się subtelny zapach róży i czegoś drzewnego. Poczułem ciepło obok mnie, opadł na mnie spokój i coś jeszcze... nie wiem, nie potrafię tego nazwać. Nie mogła to być Kasja, ona nie ma różano-orzechowych perfum. Kaliope zaciągałaby olejem silnikowym, bo nie sposób wywabić jego woni. Obok mnie była właścicielka pięknych bursztynowych oczu, (no, w tym świetle było im bliżej do barwy orzecha włoskiego,) Trudy z domku Afrodyty, która uśmiechała się do mnie lekko... i niezręcznie. "Chodź tutaj" – szepnęła mi do ucha i poprowadziła na najbliższa ławę w pierwszym rzędzie. "Tym razem na pewno wszyscy na nas patrzą" – pomyślałem.
Kaliope:
Przyglądała się każdemu z występów, a po nim klaskałą i cieszyła się z nich. Starała się powiedzieć coś ciepłego i miłego, za każdym razem. Spoglądała i uśmiechała się też do swoich towarzyszy. Swój występ z Trudy chyba zostawi na koniec.
Kasja:
Nie wiedziała, czego się spodziewać, ponieważ każdego członka zespołu kojarzyła głównie ze śpiewaniem. Spośród wszystkich osób podejrzewała, że najlepiej w tańcu poradzą sobie Kupidynki, bo z natury miały w sobie dużo gracji. Obserwowała je dosyć uważnie i szybko zauważyła kilka błędów, co wyprowadziło ją z błędnych założeń. Miała wrażenie, że dwie dziewczyny spośród trzech były ustawione w tyle, a robiły głównie za tło i chórki największej gwiazdy estradowej. Oczywiście w swoim własnym mniemaniu. Szkoda, bo choreografia, którą opracowały miała duży potencjał i można było tam niektóre elementy robić we trójkę, co Kasja zanotowała. Jedna z nich ewidentnie chciała błyszczeć ponad wszystkimi. Niemniej po ich występnie wskazała kilka naprawdę świetnych figur.
Od domku Apollina srebrnowłosa też oczekiwała bardzo dużo. Już jakiś czas temu zauważyła, że mieli niebywałe poczucie rytmu, chociaż podejrzewała, że winowajcą było ich rodzeństwo. Muzy jednak odpowiadały za wiele elementów układów tanecznych, taka chociażby Kalliope, Euterpe, Melpomene, Polihymnia czy najważniejsza w tej kwestii Terpsychora. Nawet całkiem dobrze im poszło, ale chyba brakowało im dobrego choreografa, bo miała wrażenie, że układ był raczej utworzony na łatwiznę. Trochę to wyglądało tak, jakby skupili się na piosence i w ostatnich dniach przypomnieli sobie, że jeden z etapów to przecież taniec. Niemniej nie było tutaj żadnych pomyłek, a harmonia pomiędzy nimi była bardzo widoczna. Bezbłędnie tańczyli niemal jak jeden organizm, czytając sobie w myślach. O tym Kasja wspomniała w ocenie ich występu.
Ostatnia drużyna najbardziej rozbawiła srebrnowłosą, ponieważ pomylili się kilka razy i szybko się zorientowali, co dało im możliwość poprawienia tego tak, jakby było zaplanowane. Ich taniec wyglądał trochę jak lawirowanie pomiędzy kolejnymi narzędziami w ich warsztacie pracy, a ruchy były bardzo… kowalskie. Miało to swój urok i wywołało dużo śmiechu wśród oglądających, o czym warto było wspomnieć na koniec. Generalnie występy były nawet dobre, mimo że pojawiały się błędy i jakieś uwagi.
Drake:
Co ja mogę powiedzieć... nie jestem Kasją, więc na występach i ocenianiu technicznej części się nie znam. Zamiast tego skupiłem się na dobrej zabawie. Patrzyłem na to które zespoły dostarczają najwięcej rozrywki. Na wszystkich się dobrze bawiłem, i finalnie tam gdzie moja współ jurorka odejmowała punkty za styl tam dodawałem punkty za dobrą rozrywkę. Finalnie Punktacja wyszła bardzo równa, czasami nawet zbyt równa, ale tak czy inaczej trzeba było podjąć decyzje o tym kto zwyciężył w konkursie. W końcu zwycięzca może być tylko jeden.
Atarae:
Uśmiechnęła się, bo grzecznie stała z tyłu, kiedy tancerze występowali, a jury ich obserwowało. Nie chciała się wtrącać, bo bardzo często wtedy przytłaczała, ale już kreował jej się pewien plan. A w zasadzie przypomniało jej się coś, co planowała i do czego przygotowywała słoneczka, które dały się temu porwać. Wyszła więc na scenę, jak jury zniknęło za zasłoną, żeby wybrać zwycięzców tego etapu. Cała promienna, w pełnym słońcu jak to ona, rozsiewając aurę ciepła i radości. Ot, cudowny, optymistyczny promyk słońca.
– Pożyczę sobie – jakiemuś obozowiczowi zabrała z głowy kapelusz kowbojski, dla większego efektu. – Oddam, słowo! – Krzyknęła wskakując na scenę i odwracając się z szerokim uśmiechem do dzieciaków oraz nastolatków. Zachodzące słońce odbiło się w jej złocistych włosach, które zafalowały od wiatru, a mikrofon zapiszczał, nie wiadomo z jakiego powodu. Trudno było oderwać od niej wzrok. Nic dziwnego, że Apollo uważał ją za swojego ulubionego herosa. Była jak żywe złoto, słońce w ciemności, które ściągało spojrzenia.
– Czas rzucić tutaj trochę światła! – Zagwizdała i zaraz potem kilkoro dzieciaków Apollo pojawiło się w strategicznych, wcześniej wybranych punktach dookoła widowni. Tak, aby mogli pokazywać choreografię. – Trochę razem potańczymy. Słoneczka wam wszystko pokażą!
Z głośników zaczęła lecieć dosyć charakterystyczna, kowbojska piosenka rwąca do ruchu. – Hey, I’ve been driving All over the Town… – zastukała butami z obcasem o podest, zaklaskała i zaczęła tańczyć, wsuwając potem dłonie za pas. Układu uczyła swoje rodzeństwo już od jakiegoś czasu, dla treningu. Taniec pozwalał wyrobić wytrzymałość i kontrolę ciała, a od kontroli ciała zaczynała treningi kontrolowania mocy. Była ubrana dosyć klimatycznie, ale jednocześnie zawsze miała podobny styl. Koszulka obozowa, żółty szal na szyi, lekko poszarpane szorty, pasek z klamrą w kształcie liry, naszyjnik z paciorkami i adidasy, które tym razem zastąpione były kowbojskimi butami. Nie, absolutnie się do tego nie przygotowywała, absolutnie…
Pan Narrator:
Obozowicze bawili się w najlepsze. Podskakując, klaszcząc lub co najmniej tupiąc nogą w rytm skocznej muzyki. Ulubione dziecko Apolla zabawiało wszystkich tym, na pewno nie przygotowanym występem. Wszystko było by dobrze, jury wybrały zwycięzcę, dzieciak Fortuny znów wygrał zakład (nie zakładajcie się z nimi, nie wygracie) a Nancy z domku Aresa udało się nie umrzeć od ilości słodyczy jaka emanowała ze sceny, był tylko jeden maaaaalutki problem. Z miejsca w którym siedziała pewna rudowłosa miłośniczka sztuki właśnie zaczął się wydobywać charakterystyczny zielonkawy dym.
Rachel Elizabeth Dare, albo po naszemu wyrocznia delficka, zaczęła wieszczyć. Bielmo zakryło jej zwykle zielonkawe oczy, a dym który dotarł już do głośników i niczym, ten wnerwiający kuzyn, zmienił muzykę na główny motyw z Interstellar grany na nienastrojonym banjo. Nowi obozowicze (szczególnie płci pięknej) zaczęli piszczeć z przerażenia i odsuwać się jak najdalej, starzy obozowicze spojrzeli się z zaciekawieniem błagając swych rodziców o spokojną końcówkę wakacji, a ci po środku (przynajmniej częściowo) błagali Mojry o jakąś misję w które prawdopodobieństwo śmierci jest dość wysokie. Czego w końcu nie robi się dla ominięcia kilku dni szkoły która miała się zaraz zacząć? Nie mniej powróćmy do przepowiedni która powinna być nader interesująca dla pewnego nieśmiałego gitarzysty po przejściach.
W miejscu gdzie słońce zachodzi
Nowy świt znów wstaje
Nów dawno nie widziany przychodzi
Cykl srebrnego globu zamknięty zostaje
W momencie gdy wyrocznia wypowiedziała ostatnie słowa, dym niczym wciągnięty odkurzaczem wrócił tam skąd przybył. Rachel wróciła znów do pełni zmysłów. Odwróciła się, i z lekko skrzywioną minął uśmiechnęła się do kilku przerażonych obozowiczów zapewniając ich że jest to niegroźne, po czym najmocniej wszystkich przeprosiła i odeszła w kierunku swojej artystycznej jaskini po dwie tabletki aspiryny na bolącą po wieszczeniu głowę.
Bernie:
To było dziwne. Jej bliskość sprawiała, że czułem się niepewnie, ale chciałem żeby była blisko. Jej zapach koił moje skołatane nerwy i promieniowało z niej ciepło, które czułem, choć był między nami odstęp. Było mi… dobrze. Wtedy to się stało… Zielona mgła, muzyka jak z filmu akcji, zamieszanie na trybunach nieopodal naszej wyroczni. Już to widziałem kilka razy, ale to zawsze było przerażające. Następnie zagrzmiał głos, wiekowy, potężny i nie z tej ziemi. Trudy złapała mnie za rękę. Była przerażona, po prawdzie ja też, ale starałem się tego nie pokazywać po sobie... czekała mnie misja.