Rhya jest boginią lata, rolnictwa, płodności, miłości i natury w panteonie Starego Świata, jednym ze starszych bogów ludzkości. Mimo iż ogólnie zdominowany jest przez kult Boga Taala, to żaden kapłan pana dzikich ostępów nie jest w stanie zastąpić Franki od Zwiesny.
Rhya może i jest pomniejszym bóstwem ale na wsi to jest najważniejsza a jej kapłanka, która niedawno zmarła była potrzebna nie mniej niż generał wojsku. Rytuały urodzaju, błogosławienie młodych małżonków, zapewnianie dobrej pogody. Co ważniejszego jest w życiu, gdy żyje się między łanami zboża a Popielnym Borem?
Wygląda na to jednak, że Rhya jest obłaskawiona bo lato wypiekało kłosy pszenicy na złoto. Upał i częste delikatne deszcze. Znowu upał, deszcz i przyjemny wiaterek. Trochę można mieć dość tego skwaru ale co gospodarce służy, to i chłopstwu służy po dwakroć.
We wsi rutynowy i spokojny znój. Szkółka niedzielna powoli ustaje bo żniwa tuż tuż. A na żniwa każdy jest rolnikiem. Każde ręce do pracy są potrzebne. Nie ma górników, nie ma handlarzy czy czeladników. W pole! I to żywo!
Aldo wyjechał na wiosnę od Klepzig, pobierać nauki. Taki był podekscytowany, że nawet się nie pożegnał. Wskoczył na wóz i tyle go wszyscy widzieli.
Godfrey znosi pobożnie posiadanie brata. A Dagobert bez brata to ciągle tylko płacze i spać nie chce. Saskia, której płacz dziecka już się wyraźnie znudził, ciągle daje Godfreyowi syna do pielęgnowania. Tylko cycka Godfrey nie ma do karmienia. A tak to mamka z niego po całości.
Gisela jak powiedziała, tak zrobiła. Gdy tylko stangretowi z Kobylaty się zmarło, to natychmiast znalazł się Volker na zastępstwo, wystrojony w pochwały i rekomendacje. Te jednak nie wystarczyły i trzeba było pokazać, że robotę się ma we krwi. To było akurat proste dla Volkera. Pracował od świtu do zmierzchu prawie co dzień. Praca jak w gospodarstwie, tylko narzędzia lepsze. I grosz też lepszy.
Volker
Skwar, który panował na zewnątrz jakby niechętnie wdzierał się do pomieszczeń na posterunku. Lekko zatopiony w ziemi parter budynku sprawiał, że klepisko przyjemnie chłodziło stopy. Niskie kamienne pomieszczenia, mimo iż ciemne wydawały się dużo bardziej pożądane niż wyższe, drewniane i ładnie oświetlone przez okratowane okna. Im wyżej tym cieplej. A dzisiaj było aż za ciepło.
Konie też to czuły. Nie chciały iść się paść. Nie chciały wychodzić tam gdzie czekały na nie muchy i sucha trawa. A skoro siedziały w stajni to i srały w stajni. Może to i lepiej. Beczka końskiego gówna była warta około szylinga. I tak trzeba było to gówno zbierać. Tak przynajmniej było na miejscu. Smród jednak też był i jakby rozlał się wewnątrz murów otaczających małą fortecę strażników dróg.
Stoisz Volker w ciemnym magazynie na beczki. Chyba nie wszystkie beczki są na wszystko a wolisz sobie przygotować jakieś na zapas bo Ural, koń sierżanta nażarł się jaskrów i teraz sra sobie po nogawce.
Wanda
W izbie panuje taki gorąc, że wytrzymać się nie da. Latem to zwykle wypieka się podpłomyki na zewnątrz, na jakimś kamieniu. Nie ma jednak komu kamienia nanieść a poza tym na piecu będzie szybciej i będzie można iść na Bystre, pomoczyć nogi w wodzie.
Trzeba przed żniwami narobić jadła aby było gotowe do wzięcia w pole i aby z pola nie schodzić na posiłki.
Nienawidzisz tego okresu w roku Wanda. Pracy jest tyle, że nawet Tobie jest głupio uciec w las. Zresztą to źle wygląda potem i ludzie gadają. Na żniwa każdy bierze do siebie jak się nie przyjdzie gdy kolej na jego pole. Ale grunt to być i coś tam robić. A roznoszenie jedzenia i wody oraz wiązanie snopków już uchodzi za ciężką pracę w oczach większości. Szczególnie w twoim wykonaniu. Czosnek niedźwiedzi do podpłomyka, mięta do wody i jakoś to zleci.
Żar jednak wygnał Cię już z izby. Ciasto się skończyło i zajadasz świeży żytni wypiek. Wzięłaś dwa na zapas, nad wodę. Cała jesteś mokra pod bluzką i może wiaterek Cię poratuje.
Siadasz przed izbą i słyszysz jak z chlewika dobiega jakaś krzątanina. Aż Balbina wybiegła z niezadowolonym chrząkaniem. Przytulaśna świnka nic sobie nie robi ze swojego rozmiaru i ciągle pcha się na kolana, mimo iż waży już prawie tyle co Ty. Mimo chwilowej paniki, spowodowanej rozgardiaszem, zwietrzyła zapach podpłomyków!
Zmierza w Twoją stronę! Ratuj się kto może!
(...)
Henrietta
Przeciągnęła się ta robota. Zimą nie dało się skupić, wiosną fajniej było chodzić po okolicy. Nie żeby czas naglił. Malunki na wozie to nie coś bez czego obejść się nie może.
Cztery pejzaże okolicznych wzgórz i kilka kwiatków okazały się znacznie bardziej czasochłonne niż powinny. A szczególnie jak ma się tylko kilka farb i trzeba mieszać ciągle jakiś nowy kolor. Tak czy owak, mimo iż wyszły dość płowe i efekt jest mniej więcej taki jak powinien być. Obrazki dodają kolorów, nie przyciągają wzroku za bardzo i na szczęście nie szpecą.
Tak przynajmniej się Henrietcie wydawało. Nikt nie śmiał powiedzieć inaczej. Dziadek Oswald nie miał za grosz gustu artystycznego a Otto prawie całą wiosnę spędził na kupczeniu towarem po okolicy. Na szczęście na żniwa zostaje, bo bez parobka za nic nie uda się pracy przerobić.
Ostatnia farba schowana, pędzel umyty. Przynajmniej jedno zadanie wykonane jak należy. To trochę tak na pocieszenie, bo jak pomyśleć o tym co stało się tkaniną znalezioną w plecaku po krasnoludzie…
Może trzeba było ćwiczyć na czymś innym ale dziewczęca ekscytacja oraz wizja pięknego… czegoś… była zbyt żywa i świeża. Jak tylko udało się podreperować krosno i przekonać się jak działa to poszło ruch.
Nożyczki też poszły w ruch. I to nie raz. Ręce były szybsze niż rozsądek. Tkanina otrzymałą całą gamę dziewczęcej wyobraźni. Ciągłe poprawki, zmiany koncepcji i nowe świetne pomysły naprawy projektu zaowocowało kupką ślicznych, zielono-czarnych ścinek.
To co się ostało w prawdzie ma miejsce na rękawy i jest nawet równo zszyte ale pasować może tylko na lalkę albo na Łatkę. Która zresztą bardzo lubi na owych ścinkach się wylegiwać i roznosić je po obejściu.
O kocie mowa bo właśnie widzisz jak ucieka z warsztatu z jednym w pyszczku.
(...)