Amintore zasłynął w Księstwie swoim... niecodziennym traktowaniem służby. Mówi się, że zainspirował go do tego sławny hrabia Moulie z Cynazji, który ma podobno nazywać swych służących i gwardzistów "idiotami", "debilami" czy "kretynami". Jednak dziwactwa Amintore nie polegają na sposobach zwracania się do służących, lecz na osobliwych warunkach kontraktów z nimi podpisywanych i... trudnej służbie w pałacu Carvaggio. Otóż baron obiecuje każdemu służącemu, że jego uposażenie będzie znacząco wzrastało wraz z wysługą lat, a jeśli da on radę wytrwać w swej pracy lat 15, to... Amintore uczyni go szlachcicem i swoim klientem. Mogłoby się wydawać, że jest to szalenie szczodra i niezwykle atrakcyjna oferta, jednak Amintore nie byłby sobą, gdyby nie ukrył w niej pułapki. Kontrakty ze służącymi są bowiem niezwykle wymagające, regulują życie codzienne i sprawy prywatne służby do najdrobniejszego nawet szczegółu, oraz zawierają zapisy o niezwykle okrutnych karach za najdrobniejsze nawet przewinienia. Każdy błąd lub niedopatrzenie służącego kończy się jakimś okaleczeniem nieszczęśnika. Zaczyna się od palców, potem odejmowane są uszy, na końcu zaś oczy i... całe kończyny. Nikt jak dotąd nie dotrwał do tego ostatniego etapu, gdyż większość pechowców albo ucieka z pałacu barona (i jest następnie ścigana przez jego ludzi), albo oficjalnie poddaje się i przyznaje przed swym panem do niezdolności do dalszej służby. Niestety, kontrakt w takim przypadku przewiduje śmierć nieszczęśnika! Szybką i możliwie bezbolesną, ale mimo wszystko śmierć. Na nieszczęście dla tych biedaków, choć bez jednego, czy dwóch palców zazwyczaj można jeszcze usługiwać baronowi w miarę sprawnie, to wraz z kolejnymi pomyłkami i utrata następnych części ciała, coraz trudniej unikać dalszych błędów. Kielichy wypadają z okaleczanych dłoni, kulawi nie nadążają wbiec wystarczająco szybko po pałacowych schodach, by usłużyć panu, a pozbawieni małżowin usznych nie dosłyszą w ogóle zawołania i tragedia gotowa!
Jak dotąd cały, piętnastoletni okres służby przeżyła zaledwie garstka szczęściarzy (choć czy można tak powiedzieć o ludziach, którym odjęto palce, uszy czy wyłupiono oko?) i ci doczekali się swej nagrody. Baron jest słowny i faktycznie uczynił tych biedaków kawalerami oraz zapewnił im dożywotnio miejsce w swoim pałacu. Nie muszą już nikomu usługiwać, a nawet to im usługują kolejne pokolenia odważnych...
Odważni zaś wciąż stawiają się w Carvaggio, skuszeni wizją niewyobrażalnie wysokich dla ludzi z gminu pensji - po kilku latach mające dużo szczęścia, zwykłe pokojówki czy lokaje zarabiają u barona nawet po dziesięć kordinów każdego miesiąca! - oraz uzyskania tytułu szlacheckiego. Do niektórych to właśnie marzenie o zostaniu szlachcicem przemawia najsilniej, a baron Amintore umożliwia im realizację tego marzenia... choć niemal nikomu sie to nie udaje.
Ponieważ Amintore wiele podróżował za granicę, wielu liczyło, że uda im się możliwie jak najwięcej "wysłużyć" w pałacu podczas jego nieobecności - wiadomo bowiem, że większość krewnych barona nie bierze udziału w jego krwawej zabawie i przymyka oko na błędy oraz niedociągnięcia służących. Jednak Amintore nie dał się przechytrzyć i zaczął dodawać do kontraktu klauzulę, zgodnie z którą, do nagradzanej wysługi liczą się tylko te dni, gdy on sam był obecny w pałacu!