Rzeka Drakwasser to brudna ale życiodajna rzeka. Życie wzdłuż akwenów wodnych jest dużo prostsze niż w głąb lądu. Transport, żywność, towarzystwo. Czego nie jest w stanie dać urodzajna i spławna rzeka.
Wiedzą to nie tylko flisacy czy handlarze. Każdy kto czerpie dobra z wody ten wie, o ile prostsze jest jego życie.
Wiele wody przelało się w rzece przez ostatnie lata. Rozlewisko Ciche Wiosło zamarznięte podczas wyjątkowe srogiej zimy, wiosenne podtopienia na Wygylnku i Łączówce oraz pożary w Lear. Wszystko to tragiczne wydarzenia ostatnich kilku lat.
Czas jednak leczy rany i została po nich tylko pamięć, że licho nie śpi. Strata bliskich również się zabliźniła, choć czasem jeszcze miejsce swędzi a łza się oka przelewa.
Może byłoby inaczej?
Nie ważne… to było lata temu. Demony już dawno zaległy w grobach. Odprawiano rytuały, złożono ofiary. Nic więcej nie da się już zrobić.
Życie toczy się dalej i kwitnie.
Najlepsza kucharka we wsi w ogóle się nie starzeje. Gulasz z boczniakami, jesiotr w rabarbarze oraz (ulubione Wandy) ciasto poziomkowe Hiltrud Hersch są już lokalną legendą. Do tego stopnia, że udaje się na tym od wielkiego dzwonu co nieco zarobić.
Nowy gospodarz na gospodarce, Ivo Hersch, radzi sobie świetnie. Im bardziej dorastał, tym bardziej upodabniał się do swojego brata… a może nieżyjącego ojca? Na pewno zrobił się cichszy i bardziej skupiony.
Czas też udowodnił kto miał rację. Cep z metalu. Materiał zawiódł usprawiedliwiając tym samym słuszność opinii Volkera odnośnie sprzętu rolniczego.
Oswald Schwarzenbach postarzał się mocno. Nie udało się w pełni zastąpić Otta, ani w robocie, ani w sercu. Trzyma się jednak i wypełnia swoje obowiązki nie gorzej niż przed kilku laty.
Waldemar Schwarzenbach poprawia się z czasem. Przeklęty uścisk choroby jakby zelżał przez ostatnie lata. Umysł niestety ciągle jest mało obecny ale ciało jest bardziej żwawe. Nie przesypia już całych dni i jest w stanie zajmować się obejściem bez opieki.
U Schneiderów, znowu radość, gdyż kolejne dziecko w drodze. Ostatnie lata były dla nich łaskawe i udało się dobrze zarobić na drewnie i prostej stolarce po pożarach z miasta.
Dagobert Schneider ma już prawie cztery lata i zawsze ma swoją ulubioną osobę. Teraz ciężko go odkleić od spódnicy Cioteczki Wandy. Cały dziecięcy etap “a dlaczego?” spoczął na młodej guślarze.
W młynie na wsi to pieniądz się mieli a nie żyto. Gisela wyrosła na solidną i słuszną dziewczynę. Kobiece kształty są bujne a ręce ma zawsze pełne pracy. Na Kobylacie dorabia już tylko okolicznościowo. Więcej czasu spędza w młynie i obejściu. Jej urok i afekt to Volkera nie ostygły, podobnie jak jej pyszne wypieki.
U Mosser’ów też się ustabilizowało. Hasso Moser z ciała stał się szablonowym górnikiem - krępy o potężnych rękach i plecach za dwóch. Przejął rolę kalekiego ojca, przy urobku. Każdy cały czas wie, że jeśli się chce dostać tani alkohol, można się zgłosić do Hasso. Bardziej zaznajomieni wiedzą jednak, że ta działalność chłopaka, powoli się kończy.
Kresidzie lat nie przybyło choć wydaje się być bardziej zrzędliwa i złowieszcza. Częściej też bywa nieobecna w życiu wsi. Tym niemniej każdy może zliczyć kilka wydarzeń, gdy jej asysta uchroniła przed tragedią. Na szczęście z prostymi rzeczami zawsze pomoże Wanda albo i Henrietta znajdzie kogoś do pomocy.
Leśniczy ze wzlotami i upadkami, kontynuuje karierę lokalnego bohatera oraz pośmiewiska jednocześnie. Pijane paradowanie nago koło szlaku pielgrzymkowego było długo na językach we wsi. Co bardziej bogobojni ludzie zrazili się do Goswina Kistlera na stałe. Mimo tego, las i okolica Himmelsbaum wydają się być odpowiednio zadbane.
Mówiąc o myśliwych - Obermajster myśliwych z regionu Dittrich Wächtler doszedł do siebie i po oględzinach Popielnego Boru ogłosił urodzaj. Każda rodzina ma prawo do jednej sarny oraz (widać nienawiść pozostała) aż dwóch dzików w tym roku. Lepsze okazy będą skupowane. Żarty, satyry i piosenki o Besyji będą karane dybami.
Zakon Shallyi nie był świadkiem wielu zmian. Poza kataklizmem pożarów z miasta, przeorysza Almut Gerstner, prowadzi zakon świątobliwie i bez żadnych rewolucji. Plotka gminna niesie, że Baronessa von Rosenberg udzieliła mniszkom pozwolenia na otwarcie browaru. Ponoć były nawet jakieś protesty na okolicznych folwarkach. Świątobliwym jednak zawsze więcej wolno.
Szkółka Niedzielna Speckmannów wiedzie prym. Lud prosty woli uczyć się w kompleksie Zbójne, niż w murach klasztornych. Koszula bliższa ciału… wicie, rozumicie. Sama kopalnia pracuje równo i bez udziwnień. Pan Zaran Ambersnev Bryntok, jako krasnolud, mierzy czas nie w latach a w dekadach. “Ziemia jest cierpliwa”. Były plotki, że jego ludzki partner w interesach, Arnoldi, nie podziela tej wizji.
Strzyganów nie widziano od tamtego lata 2511 roku. Nikt o nich też nic nie słyszał. Obecnie mogą być w dowolnym miejscu wielkiego Imperium, a może nawet i poza nim. Może Belinda jest z nimi? Może jest szczęśliwa? Może jest bezpieczna.
Sądny dzień jednak zbliża się też do kogoś (?) innego. Okrąglutka i wesolutka świnka Balbinka już tej zimy powinna iść pod nóż. Sentyment jednak podpowiedział “jeszcze urośnie… jeszcze nie czas… a może knura znajdziemy aby ją pokrył…”. Wyrok odroczono.
Volker Hersch
Końcówka lata jest przyjemna. Pogoda jest stabilna, mało pada a ciało już nawykło do południowego upału. Siermiężne Imperialne rumaki też wolą gdy lato się kończy i owady przestają dokuczać.
Dzisiejszy problem jest Ci Volker znany. Aż za dobrze. A raczej ten najczęstszy problem, z którym przychodzi Ci się mierzyć na Kobylacie. Mianowicie Uwal nażarł się Jaskrów i sra sobie po nogawce. Czasem zastanawiasz się, czy on nie robi tego Tobie specjalnie na złość. Inne konie się po jednym razie nauczyły. Ten jednak… durny albo perfidny.
Postanowiłeś działać proaktywnie i nie pozwolić durnemu ogierowi robić tego za każdym razem jak ma okazję. Pastwisko ma być czyste z tej rośliny. Obstawiasz, że jeśli w tym roku pozbędziesz się wszystkich to będziesz miał przynajmniej rok spokoju. Łopata, motyka i ognisko powinny podołać wyzwaniu.
Może Wanda by coś o tym wiedziała - ale lepiej jej nie pytać, bo jeszcze obrośnie w piórka a masz przewagę po tym jak miałeś rację z cepem.
W powietrzu unosi się zapach dymu gdy przewracasz kolejną pryzmę ziemi i wrzucasz trującą roślinę na płachtę. W niewielkiej oddali widzisz kogoś idącego drogą. Ma na sobie zielony kubrak i szpiczastą czapeczkę z piórkiem. Poznajesz tą rudą bródkę i rumianą od piegów twarz. To Kuno Ferenbach, myśliwy z Rotzentaal.
Spotkanie z Kuno Fehrenbach było czymś nowym, dawno się młodzi mężczyźni nie widzieli. Jak się okazało, nie było w pełni przypadkowe. Kuno miał sprawę zarówno do Volkera jak i do kapitana strażników dróg Bernarda Mallwitz.
Jak sam powiedział, będzie musiał wyjechać na jakiś czas i nie wie kiedy wróci. Zwierzoludzie ponoć zrobili się aktywni i sfory wymagają przetrzebienia. Z tego powodu Dittrich Wächtler razem z oddziałami zbrojnych będą tropić mniejsze grupki i eliminować aby nie napadały na mniejsze sioła w okolicy Luthorst (w głąb Hochlandu).
Dane słowo jest wiele warte w świecie, gdzie ludzie nie mają dużo. Kuno jest od lat winny grupie Mokre Dupy winny Małą Przysługę, nie miał jednak okazji się z niej wywiązać. Trochę się z tego powodu naprzepraszał, że okazji nie było, że się nie widywali, i tak dalej. Volker wszystko rozumiał i zapewnił myśliwego, że nie żywi urazy.
Kuno jednak był tu aby zaradzić temu problemowi. Wręczył Volkerowi prezent - talizman. Róg upolowanej w tym roku sarny, oddany w czci Taal'owi i pobłogosławiony. Na rogu wyryta była twarz Taala i był on ozdobiony wstążką w kolorach Hochlandu (ziono-żółta) oraz von Rosenberg (biało-czerwono-zielona). Taki talizman jest symbolem czyjejś przysługi. Każdy myśliwy, prawdziwy wyznawca Taala albo rodowity Hochlandczyk przyjmie go w zamian za przysługę.
Talizman zmienił ręce i mężczyźni od teraz byli kwita.
Po tym spotkaniu Volker wrócił na posterunek. Cały dzień ciężkiej pracy może oszczędzi mu pracy później, na ten i kolejny rok z niesfornym Uralem.
Bernard Mallwitz jednak przywołał go do siebie. W biurze kapitana straży panowała cisza i spokój. Miał on dla swojego woźnicy propozycję.
Otóż Volker miał długą przerwę w służbie na Kobylata na rzecz służby wojskowej. Podczas gdy zwyczajny trening trwa 3 miesiące, Volker pozostał w barakach na prawie pół roku. Nie była to kara a raczej chęć. Dla Volkera wojsko było miłym miejscem. Dużo pracy, oczywistej, w jakimś celu i do tego za dobry pieniądz. Zwiedził kawałek świata i poznał nowych ludzi. Został na dłużej bo nie do końca wiedział czy chce wracać do domu.
A to mocno wpłynęło na jego ocenę służby. Przed Mallwitzem leżały raporty ze służby i były tam rozpisane same superlatywy. "Sumienny, szczegółowy, pracowity, silny, posłuszny". Sam kapitan nie był skory na taki krok ale presja od strony innych strażników dróg robiła swoje. Skoro chłopak miał takie kwalifikacje to nie uchodzi aby sprzątał końskie gówno. Miał jeździć z nimi na patrole. (bagatela stajenny, który Volkera zastępował przez ten okres - flisak z pochodzenia - został wręcz wyrzucony przez bramy aby zrobić miejsce na powracającego wojaka).
Mallwitz przedstawił ofertę - Volker zostanie strażnikiem dróg. Kontrakt szlachecki obowiązuje przez dziesięć lat, dostanie Urala jako swojego konia. O decyzji da znać kapitanowi po jego powrocie. Do tego czasu jednak musi porozmawiać ze wszystkimi bliskimi sobie osobami w tej sprawie. To niebezpieczna praca a kapitan nie chce mieć na głowie jazgoczących bab ze wsi, że kradnie im chłopa na pewną śmierć.
Volker chciał podpisywać dokumenty od razu. Został jednak zatrzymany, gdyż i nie na to czas i na razie żadnych dokumentów nie ma. Najpierw wyjazd na Zwierzoludzi.
Chłopcze, weź kilka dni wolnego. Porozmawiaj z bliskimi oraz z Giselą. Jak wrócę to będę miał dla Ciebie dokumenty, jeśli dalej będziesz chciał ryzykować życie dla tej ziemi.
Wanda Hersch
Każda młoda panna na wsi zaplata warkocz, jest to fryzura jej właściwa i będzie go nosić aż do ślubu. Taki jest zwyczaj i należy go przestrzegać. Tobie Wanda ten zwyczaj się akurat bardzo podoba, bo inaczej ciężko byłoby Ci zapanować nad sterczącą fryzurą.
Rolą guślarki jest krzewienie lokalnej kultury w młodzieży i dbanie aby tradycja nie zaginęła. Tak jest lepiej dla społeczności.
Pod nieobecność Franki od Zwiesny zebrałaś grupę młodszych dzieci aby kultywować tradycję na trwające Babie Lato. Siedzicie na rżysku, wokół stogu wyschniętego siana i kręcicie małe chochoły, które mają zatrzymać ostatnie ciepłe dni lata jak najdłużej. Zbliża się równonoc jesienna a one muszą stać na polach i w gospodarstwach do tego czasu.
Śpiew to dobra droga na zapamiętywanie prawideł kultury. Słowa pieśni wryją Ci w głowę co jest niebezpieczne, jak należy postępować i że każdy kiedyś umrze.
Śpiew to jednak nie Twoja mocna strona. W tym pomaga Ci Gisela, która siedzi z Tobą i inicjuję wers za wersem. Dzieci znają już większość tekstów, tylko młodsze czasem poruszają ustami jak ryby, patrząc tępo na starszych kolegów.
Gisela Streckenbach była sfrasowana. Podpytywała Wandę dużo o Volkera. Ostatnie lata wszyscy mocno dorośli i wkroczyli w nowy etap życia. Sprawy damsko-męskie zaczęły przepychać się pierwszy plan. Wszyscy korzystają ze spokoju i dobrobytu ostatnich lat. Młodzież rozkochuje się, poznaje się osoby z dalszych wiosek i miasteczek. Świat lekko urósł i już każdy wie, że czas już myśleć o przyszłości.
Gisela jednak twardo stąpa po ziemi o kilka lat dłużej. Mimo iż jest prawie rówieśniczką Wandy to od lat wie, że żenić się trzeba będzie i jaki chłop to dobry chłop. I w oczach Giseli jest to Volker. Ten jednak ostatnio nieobecny. Po powrocie z wojska jest nieswój. Do Giseli mało zagląda. I to dziewczynę niepokoi - doskonały kandydat, którego sobie urabia słodkościami od lat miałby się nagle wycofać z tak świetnie przygotowanego gruntu?! Trzeba się zwiedzieć. I najlepiej od siostry delikwenta.
Wanda jednak nie była przesadnie chętna do tej rozmowy. Sama widziała, że brat jest ostatnio dziwny i że w sumie z wojska wrócił tylko dlatego, że ona go przekonała listownie. Powiedziała tylko koleżance, że Volker nie ma żadnej innej. Gisela nie była pocieszano tą rozmową ale nie miała za wiele innych możliwości.
W całej rozmowie uczestniczył, a raczej przeszkadzał, Dagobert Schneider, który ciągle o coś pytał Cioteczkę Wandę. Dzieciaka udawało się jednak spławiać na tyle aby rozmowę między dziewczętami dokończyć.
Po tej męczącej posłudze dla pielęgnacji ludowego ducha u dziatków, miała Wanda inną posługę guślarską. Goswin Kistler ponoć został ranny podczas obowiązków i wymagał opatrzenia.
Jak się okazało była to prawda. Dość głęboka rana kłuta z tyłu ramienia, najwyraźniej na skutek zaostrzonego patyka. Wanda wypytała leśniczego o okoliczności tego zdarzenia, nie omieszkując dorzucenia uszczypliwości na temat tego "czy przypadkiem mocno nie wiało podczas tego". Goswin nic nie robił sobie z przytyków młodej dziewczyny, choć przyznał że faktycznie rana powstała na skutek jego własnej pułapki, którą zakładał pod wpływem. Z tego powodu nie pamiętał jej dokładnego położenia i stał się jej ofiarą. Na szczęście nie był lisem i skończyło się tylko na powierzchownej ranie.
Wanda mimo też iż drwiła często z leśniczego, to robiła to trochę w myśl "kto się czubi, ten się lubi". Ciągle była pod wrażeniem wydarzeń z Szemrzyki sprzed lat (3 - Ofiara tych żniw). Bezwiednie Goswin stał się pierwszą skrytą i zakazaną miłością Wandy.
Leśniczy skorzystał z okazji spotkania na osobności z młodą guślarką. Poruszył temat tego, że dziewczyna idzie w ślady Kresidy i że jego zdaniem to jest niebezpieczna droga. Goswin nie lubi się Kresidą i nie obawia się mówić tego na głos. Jego zdaniem ona jest niebezpieczna, wścibska i knuje więcej niż widać. Mimo protestów dziewczyny, leśniczy prosił ją aby była ostrożna i aby nie szła w ślady "tej starej raszpli".
Wanda nadąsała się, zacisnęła gotowy opatrunek trochę za mocno i udając oburzenie, poszła do domu.
Aldo Speckmann
To była długa podróż z Klepzig. Ponad tydzień podróży, najpierw barką w górę rzeki, potem wozem, część na piechotę. Na szczęście pogoda była dobra. Padało tylko dwa razy i raz z tego był w nocy. Buty prawdopodobnie będą wymagały naprawy a stopy czasu aby trochę się zagoić.
Na plecach niesiesz całe swoje życie, które udało Ci się zgromadzić przez ostatnie kilka lat. Jest to ciężki bagaż ale kto inny miałby go nieść. Na dokładkę twoja głowa jest pełna wiedzy a serce doświadczeń.
To samo serce, przede wszystkim niepewne, nie umie się zdecydować czy podchodzi Ci do gardła czy przyciska się do żołądka.
Mimo trudów podróży udało Ci się dotrzeć do Gross Bajohren dzień przed czasem. Poznałeś most przez Dubeln jakby całym ciałem. Zmienił się ale też pozostał taki sam.
Rozpościera się przed Tobą rzadki i jasny las prowadzący na Łączówkę. Potem przejdziesz koło Marynek, odbijesz w kierunku wsi i… będziesz w domu. Cztery lata. Co zastaniesz? Co się zmieniło?
Lekko utykając z bólu w stopie przekroczyłeś most. Po lewej stronie, na wodzie góruje wyspa Srok, po prawej wybija się strzeliste Himmelsbaum, lokalne miejsce kultu. Jak to było? Maerszka, Diraszek i Żaraw, trzy bożki tej okolicy nie wadzące zupełnie nikomu.
Za tobą narasta dźwięk jadącego leniwie powozu. Obracasz się gdy ten cię mijał i widzisz siedzące z przodu mężczyznę. Ubrany jak urzędnik, na czarno, koło trzydziestki o wyraźnych rysach i brodzie z charakterystyczną dupką. Jego twarz jest gładko ogolona a długie włosy częściowo wydostały się spod kwadratowej czapki.
Mija chwila zanim Wilburg Reich Cię poznał. Od razu jednak wybuchł radosnym okrzykiem z grubym Reiklandzkim akcentem: “Aldo Speckmann! To ty! Ale myle spotkanie”
Spotkanie z dawnym potencjalnym mentorem było dla Aldo zarówno wesołe jak i mocno niezręczne. W sumie nie myślał za dużo o Wilburgu Reich i raczej przygotowywał się psychicznie na spotkanie z rodziną. No i że miał jeszcze kilka godzin przed sobą. A tu dawne czasy przyszły po niego już na samym wejściu w okolicę wsi.
Nie dał po sobie poznać zafrasowania i z szerokim uśmiechem wsiadł na wóz.
Rozmowa była wesoła, głośna ale mało się kleiła. Wilburg wypytywał o ostatnie lata w swoim reiklandzkim akcencie a Aldo odpowiadał mocno okrągłymi stwierdzeniami. Potem Aldo pytał i urzędnik odpowiadał już bardziej szczegółowo. Mówił jak to we wsi ostatnio spokój, i na szczęście, bo były i dziwniejsze okresy. Że odsłużył swoje jako poborca podatków i ogólny zarządca wiejski, w związku z czym są widoki na jakiś awans. Awans niby słodki oraz już w okolica ratusza, czyli do miasta, do Laer. Problem taki, że w sumie dobrze mu się tu pracuje oraz podczas tych kilku lat wpadła mu w oko pewna miejscowa wdówka. Nie jest pewny, bo obie sprawy jeszcze całkiem na wczesnym etapie.
Tutaj podpytał o Aldo i jego potencjalne zaloty w mieście, oczywiście z taktem. Student ponownie osłonił się okrągłymi słowami, starając się ciągle wyczuć sytuację oraz chyba bardziej patrząc wgłąb niż uczestnicząc w rozmowie.
Przejazd przez znajome tereny obudził jednak pamięć. Przejazd koło Na Zamek szczególnie. Dawne miejsce spotkań wszystkich dzieci z okolicy ciągle spełniał swoje zadanie. Jednak już z młodszą kadrą.
W końcu wóz dotarł do skrzyżowania dróg, na którym obaj mężczyźni się gorąco pożegnali. Reich jechał na Kobylata a Aldo miał ostatnią prostą na Kompleks Zbójno.
Po około pół godzinie dotarł do domu. Pierwszy widok Zbójne podzielił z zobaczeniem młodzieńca, którym wyraźnie był jego brat Hartmut Speckman. Ten zamiast przywitać się to zafrasował się mocno i uciekł. Trochę czasu minie zanim Hartmut otworzy się przed bratem. Z otwartymi ramionami jednak przywitała go matka Vivina Speckmann.
Matczynej miłości, przytulania i dopytywania nie było końca. Nawet do środka nie weszli a już zadała synowi tuzin pytań o drogę, o to czy dobrze jadł i o Ida Auspitz. O nią pytała dużo. Aldo pisał o niej w samych superlatywach, mocno koloryzując, dając matce do zrozumienia, że na pewno skończy się to ślubem. Syn i potencjalna synowa to był w tej chwili cały horyzont Viviny.
Po tych torturach udało się przejść do innych spraw, podpytać co w domu oraz spotkać się z ojcem. Jak Aldo będzie miał się okazję przekonać, chwila spokoju będzie na wagę złota.
Przynajmniej był w domu.
Henrietta Schwarzenbach
Sława to przydatna rzecz. Kiedy każdy Cię w okolicy zna i generalnie myśli o Tobie dobrze, to łatwo czuć się wszędzie jak w domu. Każdy Cię wita i chętnie pomoże. Poszerza to obszary, na których poruszasz się na co dzień. Gdy utrzymujesz kontakty nie tylko z sąsiadem oraz od święta z kapłanami to świat jest większy.
To jednak ma swoją cenę i trzeba jak pszczółka pracować aby też każdego znajomego trochę obłaskawić i tą wzajemną relację trochę odżywić. Małe przysługi, wstawiennictwa albo rozniesienie plotek bardzo często wystarczą. Ale jak ma się też zręczne dłonie i umiejętność naprawy czego-bądź to już w ogóle idzie łatwo.
Idziesz dziarsko grzbietem, koło dwóch olch, wracając ze Zbójne, gdzie zasięgałaś języka w zamian za mleko i śmietanę. Trochę się dowiedziałaś, mianowicie że Aldo Speckmann na wrócić jutro po studiach. Lata go nie widziałaś, choć też nie byliście sobie bliscy. Może będzie miał jakieś ciekawe historie i wieści z szerokiego świata oraz spoza Landu.
Sława ma też drugą stronę. I ta właśnie człapie po Twoich śladach, szybkim krokiem ze Zbójne. Obracasz i widzisz kartoflaną twarz Hasso Mossera trzymającego w rękach narwane po drodze chwasty.
No nie była to przyjemna rozmowa dla młodej dziewczyny. Udało jej się jednak odbyć ją z ogromną gracją.
Hasso zalecał się średnio natarczywie, choć niewątpliwie uroczo, jak bardzo brzydkie prosie całe umorusane w błocie. Mimo iż młody górnik starał się przed spotkaniem zaznać toalety to ślady ziemi oraz kruszywa były wszędzie wokół linii włosów, za uszami oraz na karku. Prezentował się jak to pracowity chłopak wiejski - jak brudny obdartus z sercem na dłoni.
Proponował spotkanie i schadzkę. Najpierw w kopalni. Jak zdał sobie sprawę, że tam w sumie brzydko, brudno i ciemno, to na Hulicach. Obiecywał, że piwo przyniesie i będzie można pośmiać się i pożartować z czego tylko będzie Henrietta chciała.
Dziewczyna słuchała i dokazywała trochę zalotnie, a trochę przekornie. Ostatecznie udało jej się spławić chłopaka na tyle elegancko, że on nic sobie z tego nie zrobił, tylko poszedł w swoją stronę, pełny przekonania, że coraz mu bliżej do serduszka urodziwej koleżanki.

Henrietta wróciła do domu i spotkało ją tam niemałe zbiegowisko. Jak się okazało, gdy ona chodziła po wsi plotkując i cerując ludziom ubrania, jej dziadek Oswald Schwarzenbach szykował na dzisiaj duże wydarzenie. Od lat naprawiany przez niego dyliżans miał dzisiaj zostać wyciągnięty na światło dzienne. Jak sam powiedział, jeszcze nie jest w pełni gotowy, brakuje dobrych kół oraz dyszla. To są jednak już rzeczy, które lepiej podmienić pod otwartym niebem.
Kilka wołu wyciągnęło go pastwisko dla krów i zrobiło małe kółeczko ku uciesze okolicznych dzieci. W wozie siedział Waldemar i chwilę z córką porozmawiali o tym jak piękny jest ten dyliżans. Ojciec stwierdził, że jest księżniczka, jest karoca, potrzeba jeszcze księcia. To zafrasowało Henriettę. Jakoś myśl o dorastaniu i zamążpójściu nie była jej mocno w głowie. Jakby dopiero chwyciła za lejce życia i wydawało się ono nieprzebranym źródłem.
Przejażdżka wozem po nierównym terenie jednak natychmiast zmieniła rozmowę w próbę okiełznania zgiełku oraz ratowania pięknej stolarki oraz czerwonych wełnianych siedzisk przez brudnymi butami i rękami dzieci. Henrietta srogo rugała każde dziecko, które coś ubrudziło i natychmiast czyściła każdą możliwą plamkę.
Może i nie planuje jeszcze jechać dyliżansem do ślubu ale był to rodzinny skarb. W każdym razie aż do czasu aż nie okaże się, co w zasadzie chcą z nim zrobić.
Spotkanie
Udało Ci się Aldo na chwilę wymknąć. Miałeś ochotę się rozgościć i wyciągnąć nogi ale Twój powrót wprawił dom w taki chaos, że postanowiłeś na chwilę zniknąć, pod pretekstem obejrzenia okolicy.
Nie bardzo wiedziałeś gdzie masz iść i po co. Przesądowałeś jednak swoją pamięć w poszukiwaniu jakichś spokojnych miejsc, gdzie może uda Ci się dać trochę pozbierać emocje oraz dać stopom odetchnąć.
Przypomniałeś sobie, że Twoja paczka z młodzieńczych lat miała takie miejsce, nazwane Mokra Dupa. Jakkolwiek była to nazwa infantylna to w sumie trafna. Brzoza przewalona przez strumień na uboczu Popielnego Boru to było częste miejsce spotkań oraz de facto - moczenia stóp w wodzie. Dokładnie tego teraz potrzebujesz. Chwili dla siebie i zimnej wody na obolałe stopy.
Nie musiałeś iść długo przez las aby usłyszeć szum wody. Nie byłeś pewny czy trafisz ale okolica zmieniła się mniej niż Ci się wydawało.
Jest to zaiste uroczysko, brzoza jak leżała tak leży, kamienne koryto strumienia jest czyste i unosi w powietrze delikatną mgiełkę. Światło pada przez liście złocąc okolicę.
Nieopodal jednak leży jakaś chusta a na niej kosz pełen grzybów. Już na pierwszy rzut oka widzisz, że nie są jadalne. Przez szum strumienia przebija się kobiecy głos i szelest krzaków znajdujących się za małym młodnikiem buczyny. Jakaś ruda dziewczyna tam jest i wydaje się napełniać czymś drugi kosz.
Mokre Dupy miały możliwość z sobą porozmawiać. Każdy miał do każdego jakiś pomniejszy interes albo sprawę. Każda jednak była dość mocno osobista, musiała więc poczekać na lepszy moment.
Aldo poczęstował kolegów smakołykiem przywiezionym z Klepzig - Taalzungen - czyli małe wypieki, mocno doprawione czosnkiem. Rozgorzały rozmowy o podróżach, przeszłości i teraźniejszości.
Grupa miała dla siebie z pół godziny swobodnej rozmowy aby wejść w postaci (które mocno się zmieniły od ostatniej sesji), poznać się między sobą i odbudować relacje. Szczególnie Aldo był na widelcu.
Gdy wyczerpały się tematy i wszyscy byli zadowoleni - sesja dobiegła końca.

